„Zimna fala” – Jarosław Klonowski

Książki bywają różne. Jedne są dobre, drugie nie. Czasami jednak zdarza się nam natrafić na pozycję, po przeczytaniu której ma się natychmiastową ochotę zapomnieć o tym, iż w ogóle się po nią sięgnęło. Niestety tym razem spotkało to mnie. Miałam nieszczęście przeczytać „Zimną falę” Jarosława Klonowskiego; powieść, która w tym roku ukazała się na naszym rynku nakładem wydawnictwa Dom Horroru i która przekonała mnie do siebie pozytywnymi recenzjami znalezionymi w sieci.

Książka z gatunku: horror. Dla mnie był to horror innego rodzaju – czytelniczy.

Nie pamiętam już, kiedy książkę liczącą sobie nieco ponad 400 stron czytałam ponad tydzień… Lektura tej powieści była dla mnie drogą przez mękę. Z wytęsknieniem wyglądałam końca. A kiedy ten wreszcie nastał, z poczuciem ulgi rozstałam się z trzymaną w ręku książką oraz z silnym postanowieniem, by więcej nie sięgać po dzieła tego autora. Być może powiecie, iż jestem niesprawiedliwa tak od razu skreślając go po przeczytaniu zaledwie jednej jego książki – zwłaszcza że za inne swe dzieła uzyskał pewne wyróżnienia oraz pochlebne opinie ze strony krytyków. Niemniej dla mnie to, co zastałam na kartach napisanej przez niego „Zimnej fali”, jest wystarczające, aby darować sobie kolejne spotkania z jego twórczością.

Zarys fabuły wyglądał naprawdę zachęcająco. Ot troje przyjaciół pewnego dnia postanowiło – w ramach projektu – nakręcić film o ludziach żyjących na ulicy. Zbierając do niego materiały natrafiają na ślad Żrącego – człowieka, o którym krążą legendy; bezwzględnego psychopaty, o którym nawet strach wspominać z obawy przed tym, by nie dosięgła gadatliwych zemsta z jego strony. Jakby już samo to nie było dość przerażające, wkrótce okazuje się, że film zmontowany z materiałów, które udało im się zebrać na temat bezdomnych, zawiera sceny, których nie pamiętają, aby to oni je nakręcili. A kiedy jeden z nich niespodziewanie znika i niebawem znalezione zostają jego zwłoki, nagle okazuje się, że świat nie jest takim, jak im się dotąd wydawało.

Bo kim np są tajemniczy Dalekowie, o których wspominał jeden z bezdomnych? I co tak naprawdę przydarzyło się ich koledze, którego śmierć przedwcześnie objęła w swe władanie?

Co zatem poszło nie tak, że „Zimna fala” Klonowskiego okazała się być dla mnie tak męczącą lekturą? Otóż rzec by można, że dosłownie wszystko. Choć wydawać się to może mało prawdopodobne, powieść ta udowodnia, że nie ma rzeczy niemożliwych. Fabuła, bohaterowie, język, wydanie książki… Idzie się dosłownie przyczepić tutaj do wszystkiego. Po skończeniu lektury nie widzę ani jednego pozytywnego jej aspektu, a jedynie same minusy.

Bohaterowie to zbiorowisko istnych indywiduów, o których nie sposób rzec, by byli normalni. Tych troje przyjaciół, o których wspominałam wcześniej, jak nie pije to coś wciąga, w przerwach prowadząc jakieś tam życie, które absolutnie nie interesuje czytelnika. Bo ileż można czytać o ich wiecznych niepowodzeniach czy też żałosnych, osobistych dramatach. W ogóle przez blisko sto stron nie dzieje się w tej powieści nic poza przybliżaniem czytelnikowi dzieciństwa i kolejnych lat z życia głównej postaci – niejakiego Mariusza – oraz sylwetek jego najbliższych kumpli, Marka i Pięknotki.

Kiedy już w końcu wypłynął temat filmu, pomyślałam sobie: ooo, to teraz w końcu zacznie się coś dziać! Niestety rozczarowałam się i to sromotnie. Przez kolejne sto stron czytelnik uczestniczy w horrorze… ale uczuciowym, którego głównymi bohaterami są poznani już Mariusz i Marek, a także dziewczyna o imieniu Magda. Nadal obecne są też wszelkie możliwe używki. Dalej jest jednak jeszcze gorzej, gdyż dochodzić zaczyna do coraz mniej zrozumiałych sytuacji i wydarzeń, w których nie sposób doszukać się jakiejkolwiek logiki i przemyślenia, i które to prowadzą ostatecznie czytelnika do zakończenia nie przynoszącego żadnego rozwiązania. Wręcz urywa się ono w kulminacyjnym momencie. Zupełnie tak, jakby powstać miała jakaś kontynuacja – tyle że nie ma o niej słowa ani w książce, ani też na stronie wydawcy…

Język, jakim posługuje się autor, jest niejednokrotnie wulgarny, chamski, obrzydliwy i prostacki („miętowa łajza”, „kurewskie, uliczne światło”, „Wytarł palcami gile w nosie”). Do tego nadmiernie stosowane są przez niego metafory, które czasami wręcz ciężko zrozumieć.

(…) poczułem smród bimbru bijący z jego czerwonych jak wnętrze śledzia ust.”

„W jego przekrwionych oczach, agrestowych, wybałuszonych gałach ryby – samobójcy czaiło się ostrzeżenie.”

„(…) obserwowali nas oczami o zwężonych źrenicach. Oczami wyglądającymi jak strupy.”

„(…) spojrzał na mnie przez zaparowane gogle. Wyglądały z nich oczy martwego albatrosa.”

„(…) spytała sennym głosem. Przywodził na myśl gumę do życia z przyklejonym do niej papierosem.”

Nie do końca też mogę wyobrazić sobie, aby prawie że dorosła dziewczyna chcąc skorzystać z łazienki zwracała się do obcego sobie chłopaka, że musi iść pipi… W ten sposób to mówią malutkie dzieci, a i one szybko wyrzucają to słowo ze swojego słownika. To jest strasznie infantylne, albo też autor kompletnie nie ma pojęcia o tym, w jaki sposób rozmawiają młode kobiety na temat tego typu spraw.

Jeśli zaś idzie o wydanie samej powieści, to woła ono o pomstę do nieba. I nie chodzi mi w tym momencie o jej walory estetyczne, bo te są całkiem w porządku – okładka przykuwa uwagę, zaś czcionka, jaką napisano tekst, jest odpowiednio duża i nie męczy oczu podczas lektury. Problem jest w korekcie oraz redakcji samego tekstu, a raczej w tym… że ich zabrakło. Za jedno, jak i za drugie odpowiedzialna była ta sama osoba – Aleksandra Wąsikowska. Efekty jej „pracy” widać na załączonym obok zdjęciu. Każda z zakładek wskazuje na znaleziony przeze mnie błąd – literówkę, brakującą spację, błąd rzeczowy, bądź też zastosowanie zaimka „tą” tam, gdzie powinno być użyte „tę”. A i tak to nie wszystkie wpadki w tekście, na które się natknęłam. Ktoś ma tu ewidentny problem z używaniem przecinków… Jest ich tutaj stanowczo za dużo i pojawiają się w miejscach, o których nawet bym nie pomyślała, że można je tam wstawić.

Sam pomysł na fabułę – może i miał potencjał, jednakże całość została poprowadzona w taki sposób, że doszłam w końcu do wniosku, iż większej bzdury w życiu nie czytałam.

Podsumowując: Nie polecam! „Zimna fala” Jarosława Klonowskiego to jedna, wielka strata czasu. Nie sięgajcie po tę powieść. Dla własnego dobra…

Wydawnictwo: Dom Horroru
Rok wydania: 2019
Oprawa: miękka
Liczba stron: 418
ISBN: 978-83-953486-5-5

Jeśli natomiast macie ochotę na porządną powieść grozy, w której również pojawiają się bezdomni, polecam dzieło Jakuba Ćwieka pt „Ciemność płonie” , którą czytałam kilka lat temu, ale którą nadal pozytywnie wspominam 🙂

1Shares