„Chata na krańcu świata” – Paul Tremblay

„Scenariusze końca świata, choćby nie wiadomo jak ponure i mroczne, pociągają nas, ponieważ idea końca ma dla nas sens. Pomijając oczywisty, szeroko dyskutowany fakt, że sycimy własny narcyzm, wyobrażając sobie, że spośród miliardów ludzi, którzy zginą, akurat my zdołamy przetrwać.”

Ale co byście zrobili, gdyby pewnego dnia ktoś zapukał właśnie do waszych drzwi, by oznajmić wam, iż światu grozi zagłada i tylko wy możecie zapobiec nadciągającej apokalipsie?

Andrew i Eric wraz ze swoją niespełna ośmioletnią córeczką Wen spędzają miłe chwile w domku nad jeziorem pragnąc odpocząć od zgiełku codziennego życia. Niestety ich spokój zostaje zakłócony przez pojawienie się czworga obcych im ludzi, którzy twierdzą, iż zostali wezwani, wręcz zjednoczeni wspólną wizją, która stała się dla nich rozkazem i której nie są w stanie zlekceważyć, aby zjawili się dokładnie w tej chacie i wykonali najważniejsze zadanie w historii świata. Jego początek stanowi przekazanie znajdującym się w niej członkom rodziny informacji, iż oto nadciąga koniec świata i wyłącznie od ich trójki, a dokładniej rzecz biorąc od podjętych przez nich straszliwie trudnych decyzji zależeć będzie to, czy zdołają go uratować…

„(…) tutejsze cierpienie nie jest wieczne. To sprawdzian. Zostaliśmy wybrani i jesteśmy sprawdzani. My wszyscy. Wy też, Andrew, Ericu i Wen, a jeśli nie zdamy tego najważniejszego egzaminu, świat się skończy.”

Cóż takiego będą musieli uczynić Andrew, Eric oraz Wen, jakiego dokonać wyboru, aby zapobiec temu, co nadciąga? I czy to w ogóle prawda, a nie jedynie wytwór chorej wyobraźni paru zdegenerowanych osób, które pewnego dnia postanowiły zabawić się kosztem niewinnej rodziny, na którą akurat się natknęły?

Powiem tak – nawet teraz, po kilku dniach od lektury powieści Paula Tremblay’a, nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy mi się ona podobała, czy wręcz przeciwnie. Jest ona bowiem… dziwna – choć i to określenie chyba nie do końca oddaje to, co myślę na jej temat. Z jednej strony historia opowiedziana na jej kartach jest mroczna, psychodeliczna, klaustrofobiczna, pełna niedopowiedzeń i brutalnego, odrażającego okrucieństwa, a to sprawia, że zdaje egzamin jako powieść grozy potrafiąca wzbudzać w czytelniku skrajne emocje, jak też trzymać go w napięciu. Z drugiej strony jednak jest ona nieco przegadana, nielogiczna, z nierównym tempem akcji, ze zbędnymi retrospekcjami z życia bohaterów, jak i mało przekonującymi samymi intruzami, którzy w żaden sposób (pomijając oczywiście to, czy mieli oni rację czy też nie) nie zdołali przekonać mnie, jako czytelnika, do tego, że mówią prawdę.

Jak wspomniałam wcześniej powieść ta pełna jest niedomówień i niewiadomych, przez co ostatecznie czytelnik zmuszony jest sam rozstrzygnąć, co też właściwie w danym momencie zaszło i jak to się ostatecznie skończyło. Tak, nawet zakończenie pozostaje swoistą zagadką, gdyż do samego końca nie otrzymujemy czytelnych odpowiedzi.

Jeśli o mnie chodzi, to najbardziej nurtujące były dla mnie w tej historii dwie kwestie. Pierwszą z nich było oczywiście to, dlaczego akurat ta konkretna rodzina została wybrana do podjęcia decyzji dotyczącej końca świata. Co w niej niby było takiego wyjątkowego? Czym homoseksualne małżeństwo, któremu udało się zaadoptować dziecko, wyróżniło się na tle innych przedstawicieli ludzkości, że zasłużyło sobie na możliwość powstrzymania apokalipsy? Druga sprawa dotyczy samych intruzów… Przez cały czas twierdzą oni, że musieli przybyć do chaty; że tak naprawdę nie mieli wyboru; bo nie pozwolono by im się wycofać i nie zrealizować zadania, które wszystkim im ukazało się w wizjach. Nigdzie jednak nie jest powiedziane, o co im właściwie chodziło – co niby takiego miałoby im się stać, gdyby zdecydowali się jednak tego nie zrobić. To jest strasznie frustrujące i ostatecznie sprowadza się do tego, o czym wspominałam wyżej, że są oni po prostu mało wiarygodni w oczach czytelnika, przez co całość mocno traci.

Pomijając jednak wątek czysto fantastyczny powieści i skupiając się na tym, co kryje się pod podszewką, odczytać można sporo na temat nas samych, naszego człowieczeństwa oraz tego, na czym zbudowany jest świat. Choćby to, że okrucieństwo, ignorancja i niesprawiedliwość są filarami porządku społecznego równie nieuniknionymi jak pogoda, zaś w najciemniejszej, najmroczniejszej godzinie dnia, kiedy przychodzi nam zmierzyć się z czymś niemożliwym, człowiek jest tak naprawdę sam i to on, a nie kto inny, będzie musiał zmierzyć się z konsekwencjami podjętych przez siebie decyzji.


„Chata na krańcu świata” Paula Tremblay’a ukazała się na naszym rynku nakładem wydawnictwa Vesper, w tłumaczeniu Pawła Lipszyca i ilustracjami Macieja Kamudy. Dzieło to nagrodzone zostało Bram Stoker Award za najlepszą powieść 2018 roku oraz Locus Award 2019 za najlepszy horror.

Tytuł oryginalny: The Cabin at the end of the World
Tłumaczenie: Paweł Lipszyc
Wydawnictwo: Vesper / Rok wydania: 2020
Oprawa: twarda / Ilustracje: Maciej Kamuda / Liczba stron: 308
ISBN: 978-83-7731-345-9


 

1Shares