„Nieuniknione” – Amy Bartol

Od czasu do czasu po przeczytaniu jakiejś książki zdarza się, że zaczynam się zastanawiać, czy aby na pewno wszystko ze mną w porządku. Skuszona pozytywnymi rekomendacjami – czy to w postaci zwykłej, krótkiej opinii, czy też szerszej recenzji, decyduję się na jej lekturę, a kiedy ta dobiega końca, nagle okazuje się, że dla mnie okazała się ona zwykłym nieporozumieniem, stratą czasu. I wówczas zadaję sobie pytanie: dlaczego? Czemu tylu osobom przypadła ona do gustu, podczas gdy ja najchętniej zapomniałabym o tym, że w ogóle miałam ją kiedykolwiek „przyjemność” czytać?

Na całe szczęście tego typu sytuacje zdarzają mi się rzadko. Tym razem fart mnie jednak opuścił. W moje ręce trafiła powieść „Nieuniknione” otwierająca cykl „Przeczucia” autorstwa Amy Bartol…

Poznajemy Evie (a właściwie Genevieve) Claremont, która właśnie rozpoczyna studia w Crestwood College, prywatnej uczelni, na którą mogła sobie pozwolić dzięki otrzymaniu pełnego stypendium. Jest to dla niej nie lada przeżycie – z dala od domu i ukochanego wujka Jima (matka zmarła przy porodzie, nigdy nie dowiedziała się, kim był jej ojciec), otoczona zupełnie obcymi ludźmi nie wie, czy sobie poradzi.

Na całe szczęście spotyka Freddiego Stadnisha, którego poznała przed kilkoma miesiącami podczas zwiedzania uniwersytetu i z którym szybko nawiązuje nić przyjaźni. Zaraz potem na jej drodze staje Russell Marks, jeden z rozgrywających w drużynie Chargersów, w towarzystwie którego czuje się, jakby znali się od bardzo dawna – choć to przecież niemożliwe, bo nigdy dotąd go nie spotkała.

I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie Reed Wellington, który nie wiedzieć czemu jest do niej negatywnie nastawiony i który chce, aby możliwie szybko opuściła ona Crestwood. Pytanie brzmi: dlaczego? I czemu tak bardzo mu na tym zależy?

Wkrótce Evie zauważa, że wokół niej zaczynają dziać się dziwne rzeczy i że z nią samą dzieje się coś niezwykłego. Czyżby miało to coś wspólnego z dręczącym ją od dłuższego czasu nocnym koszmarem?

„Nieuniknione” jest powieścią z gatunku paranormal romance skierowaną do tzw young adults, której nie ominęła pewna schematyczność ostatnimi czasy typowa dla przedstawicieli tegoż gatunku – tzn że pojawia się miłosny trójkąt, w którym główna bohaterka zmuszona jest dokonywać wyboru pomiędzy dwojgiem młodych mężczyzn, z których każdy jest cudowny, niezwykle atrakcyjny i który ma w sobie coś wyjątkowego, co ją do niego ciągnie. I wszystko byłoby nawet do przełknięcia, gdyby nie to, w jaki sposób powieść ta została napisana i jak mocno jej bohaterowie są irytujący.

A zwłaszcza Evie…

Jeśli czytaliście sagę „Zmierzch” Stephenie Meyer, to wyobraźnie sobie, że Evie jest jak Bella, tyle że jeszcze gorsza. Bardziej naiwna, bardziej dziecinna, bardziej miotająca się w swoich decyzjach, a w sytuacjach zagrożenia życia zachowująca się tak nielogicznie, że to aż woła o pomstę do nieba. Nie pomagają prośby i groźby – ona idzie wprost w paszczę lwa, bo musi i koniec kropka. Choćby miała się poświęcić. Zero zdrowego rozsądku i zero instynktu samozachowawczego. Czytając powieść, będąc świadkiem podejmowanych przez nią decyzji i w ogóle jej zachowania jako takiego, miałam ochotę własnoręcznie ją zamordować. Dawno już nie miałam do czynienia z tak źle wykreowaną, tak bardzo irytującą bohaterką.

Przysłowiowy nóż w kieszeni otwierał mi się również, kiedy byłam świadkiem wyznawanych sobie przez bohaterów uczuć. W kółko na okrągło to samo. Aż na mdłości się zbierało czytając o tym, jak to też jedno dla drugiego jest ważne i że już dalej żyć bez siebie nie mogą itp itd (zwłaszcza w relacji Evie – Reed).

Kreacja męskich bohaterów niestety również bardzo słabiutka. O tyle o ile do przełknięcia jest jeszcze Russell, ale Reed… No cóż. Szkoda słów. Wiedząc już, kim tak naprawdę jest, wierzyć mi się nie chciało, że zachowywał się tak, jak się zachowywał i że dał sobą w jakikolwiek sposób manipulować. Chciałabym powiedzieć więcej, ale zdradziłabym zbyt wiele z fabuły…

Jedyny, naprawdę ciekawy moment w powieści rozgrywa się właściwie pod sam jej koniec. Wówczas też pojawia się nawet lekkie napięcie oraz obawa o losy głównych bohaterów. Prędzej śledzimy jedynie miotanie się głównej bohaterki pomiędzy dwojgiem mężczyzn bliskich jej sercu na tle jej studenckiego życia, od czasu do czasu przerywanego pojawieniem się jakiegoś niebezpiecznego elementu, który może mu zagrozić.

Wielka szkoda, że tak wyszło. Historia ta miała bowiem w sobie potencjał – nawet z tą schematycznością związaną z miłosnym trójkątem. Sam pomysł na fabułę autorka miała naprawdę niezły i gdyby tylko bardziej się przyłożyła, dopracowała kreację głównych bohaterów, poprawiła dialogi (które nota bene momentami też wołają o pomstę do nieba), pozbyła się tych wszystkich przesłodzonych i w kółko, aż do znudzenia, powtarzanych miłosnych wyznań, „Nieuniknione” mogłyby być wstępem do cyklu, który chciałabym zebrać w całości i postawić na półce. A tak? Chcę zapomnieć o tym, że w ogóle miałam styczność z tą powieścią…

Moja ocena: 2/6

Tytuł oryginalny: Inescapable
Tłumaczenie
Wydawnictwo: Akurat
Rok wydania: premiera 2.11.2016
Seria/Cykl: Przeczucia, tom 1
Oprawa:
Liczba stron: 452
ISBN: 978-83-287-0464-0

Akurat

4 komentarze

  • agata Październik 26, 2016 at 16:53

    Ojojojo, a mogło być tak pięknie! 🙂

    Reply
  • Dagmara Październik 26, 2016 at 23:25

    Nie martw się, ja też trafiłam na kilka książek, które przez wielu były wychwalane pod niebiosa, a ja po ich przeczytaniu zastanawiałam się, czy aby rzeczywiście czytali tę książkę, bo nie widziałam w niej nic co warto by tak zachwalać.
    Jeśli chodzi o przesłodzony trójkąt miłosny i potwornie irytującą bohaterkę, niestety od jakiegoś czasu jest to wręcz plaga w książkach młodzieżowych. Po kilku takich książkach już nie mogłam tego zdzierżyć i z przyjemnością wróciłam do moich ukochanych thrillerów ;). Dlatego bardzo dziękuję za ostrzeżenie, po „Nieuniknione” na pewno nie sięgnę.
    Pozdrawiam serdecznie

    Reply

Leave a Comment