„Zimne ognie” – Simon Beckett

Kilka lat temu w me ręce wpadła „Chemia śmierci” Simona Becketta, pierwszy z czterech kryminałów z udziałem kryminologa-antropologa, doktora Davida Huntera. Sugestywne opisy, świetnie poprowadzona fabuła i nader interesujący główny bohater sprawiły, że zapragnęłam przeczytać pozostałe części tej serii. Niestety moja przygoda z nią skończyła się na drugim tomie – „Zapisane w kościach” i bynajmniej nie dlatego, że zmieniłam zdanie odnośnie lektury dalszych części, a z bardziej trywialnego powodu – w bibliotece po prostu ich nie mieli…

Dlatego też, kiedy tylko zobaczyłam na stronie wydawnictwa Czarna Owca zapowiedź zbliżającej się premiery „Zimnych ogni”, wiedziałam, że z pewnością po nie sięgnę.

Gwoli wyjaśnienia – to nie jest nowe dzieło w dorobku autora. Po raz pierwszy „Zimne ognie” wydane zostały w 1997 roku i były trzecią napisaną przez niego powieścią, a zarazem pierwszą, w której głównym bohaterem jest kobieta. Obecne wydanie zostało uwspółcześnione, dostosowane do dzisiejszych realiów – m.in obecności mediów społecznościowych, o których przed laty jeszcze nie słyszano.

A o czym w ogóle jest ta historia? O Kate Powell, trzydziestotrzyletniej właścicielce agencji PR, która poza pracą właściwie nie ma niczego więcej. Jej życie towarzyskie kończy się na jednej przyjaciółce, zaś domowe na obecności kota, którego nawet sama sobie nie wybrała, gdyż otrzymała go nijako w spadku razem z mieszkaniem, do którego niegdyś się wprowadziła.

Mimo odniesionego właśnie zawodowego sukcesu, Kate nie czuje niczego więcej poza pustką. Coraz bardziej zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, jak bardzo jest samotna i że jej biologiczny zegar tyka. Marzy o byciu matką, jednakże nie chce poważnego związku z mężczyzną tylko po to, by móc urodzić dziecko.

Przypadkiem przeczytany artykuł podsuwa jej pomysł – znajdzie dawcę. Nie chce jednak skorzystać z usług specjalistycznych klinik, gdyż w nich dawcy nasienia są anonimowi, a ona wolałaby wiedzieć, kim będzie ojciec jej dziecka. Dlatego też decyduje się zamieścić ogłoszenie, by spośród ewentualnych odpowiedzi wybrać kandydata, który spełni jej oczekiwania.

Tym sposobem poznaje Alexa Turnera, przystojnego, nieco wstydliwego psychologa klinicznego, który wydaje jej się być idealny do tego zadania.

Tylko czy aby na pewno?…

„Moim celem było napisanie porywającego thrillera o zwyczajnym życiu zamieniającym się stopniowo w koszmar.”

Czy taki był w istocie? Nie do końca. Pierwsza połowa książki jest niestety bardziej powieścią obyczajową, niż thrillerem, a do tego mocno przegadaną. Dopiero druga wszystko nadrabia. Wzrasta tempo akcji, napięcie oraz zagrożenie towarzyszące głównej bohaterce – a więc pojawiają się elementy tak pożądane w dobrym thrillerze. Nic więc dziwnego, że tę część czytało mi się o wiele lepiej.

Denerwowało mnie jedynie to, że raz był „Alex Turner”, a za moment „Aleks Turner”. Zupełnie jakby tłumacz nie mógł się zdecydować, czy ma pozostać przy oryginalnej pisowni imienia tego bohatera, czy też lepiej będzie je spolszczać.

A jeśli już przy bohaterach jesteśmy, to przyznać muszę, iż zostali naprawdę dobrze wykreowani (Kate mnie niestety irytowała). Zwłaszcza wspomniany przed momentem Alex. Niestety od momentu, w którym dowiedziałam się o tym, w jaki sposób trafił na ogłoszenie Kate, wiedziałam już, kim tak naprawdę jest i nie było dla mnie żadnej niespodzianki, kiedy okazało się, że mój domysł okazał się trafny.

Czy odebrało mi to przyjemność z dalszej lektury? Absolutnie nie! Zwłaszcza, że do końca nie wiadomo, jak zakończy się ta historia.

Poruszony w powieści temat sztucznego zapłodnienia jest dla wielu osób mocno kontrowersyjny, przez co sama fabuła nabiera niebanalnego wydźwięku. Z kolei brak drastycznych, mocno obrazowych opisów, które autor zaserwował w „Chemii śmierci” czy w „Zapisane w kościach” stanowić może plus dla tych, którzy obawiali się przez tego typu zabiegi sięgać po jego książki. I choć „Zimne ognie” nie są w ogólnym rozrachunku tak dobre, jak przeczytane przeze mnie przed kilku laty dwa tomy z serii o Davidzie Hunterze, to mimo wszystko warte uwagi czytelników.

Moja ocena: 4/6

Tytuł oryginalny: Where there’s smoke
Tłumaczenie: Piotr Kaliński
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2016
Oprawa: miękka
Liczba stron: 344
ISBN: 978-83-8015-388-2

logo_czarna_owca_NEW

3 komentarze

  • Miłka Kołakowska Sierpień 30, 2016 at 22:24

    Ja również kilka lat temu zachwyciłam się „Chemią śmierci”, pozostałe tomy cyklu mam u siebie i planuję je przeczytać. Jestem ciekawa, jak sama odbiorcę najnowszą powieść Becketta. Pozdrawiam! 🙂

    Reply
  • OkiemMK Sierpień 31, 2016 at 00:32

    No właśnie to zależy czego kto szuka w książkach. Ja np. nie przepadam za drastycznymi scenami. Ni mniej muszę najpierw nadrobić Chemię śmierci 🙂

    Reply
  • Meg Sheti Sierpień 31, 2016 at 09:47

    Książka wypada póki co średnio – przynajmniej zgodnie z tymi recenzjami, które do tej pory przeczytałam, w tym z Twoją. Ale i tak się z nią zapoznam – z ciekawości.

    Bookeaterreality

    Reply

Leave a Comment