„Wyspa zombie” – Qystein Stene

„Wyglądało na to, że spodziewali się mnie, że od zawsze tu na mnie czekali.”

Główny bohater powieści Qysteina Stene’a pt „Wyspa zombie” pewnego dnia po prostu się budzi. Nie wie kim i gdzie jest, ani jak się tu znalazł. Z konsternacją zauważa, że coś nie tak jest z jego ciałem. Okazuje się, że trafił na Labofnię, wyspę znajdującą się gdzieś na Atlantyku, o której świat zapomniał, albo też może w ogóle nie ma o niej pojęcia.

Labofnijczycy odznaczają się niecodziennymi cechami. Mają sinawą i zimną skórę, u niektórych da się też zauważyć starcze bądź opadowe plamy. Ich puls jest znacznie wolniejszy niż u zwykłego człowieka. Ciało nie do końca chce współpracować z jego właścicielem – jest sztywne i wymaga ciągłej kontroli nad prawidłowym poruszaniem poszczególnymi jego członkami. Nie odczuwają głodu, nie potrzebują snu, a nawet nie muszą oddychać, by móc funkcjonować.

Po pewnym czasie nasz bohater otrzymuje imię, nazwisko, zakwaterowanie, a także przydzielona zostaje mu funkcja, którą od tej chwili ma na co dzień wykonywać. Chcąc poznać odpowiedź na dręczące go pytanie „dlaczego?”, musi dostosować się do panujących na wyspie zasad i możliwie jak najlepiej poznać strukturę tej dziwnej wspólnoty jaką tworzą Labofnijczycy. Czy mu się to uda? Czy pozna prawdę o sobie i innych mu podobnych?

„Labofnia jest statkiem płynącym stałym kursem przez swoją własną niepewność, zakotwiczonym na dnie oceanu z taką samą liczbą pytań, co fal.”

„Wyspa zombie” to książka, z którą miałam nie lada problem – zarówno z jej czytaniem, jak i ocenieniem po skończonej lekturze. Tytuł, okładka oraz blurb sprawiają wrażenie, że oto do czynienia będziemy mieli z horrorem, a przynajmniej jakąś powieścią grozy. Kiedy jednak rozpoczynamy lekturę z każdą przewracaną stronicą coraz bardziej zagłębiając się w opowiadaną przez głównego bohatera historię, pierwotne wrażenie pryska niczym mydlana bańka. To nie jest horror. Ani też powieść grozy. To swoisty thriller polityczny z bogatą historią w tle, w którym nie brak filozoficznych elementów, a dokładniej rzecz biorąc egzystencjalizmu. Fundamentalne stają się tu pytania: kim jestem? po co jestem? dlaczego jestem? jaki jest sens mej egzystencji? Bohater pragnie zrozumieć swoją przeszłość oraz teraźniejszość, by możliwe było dla niego odnalezienie się w przyszłości. Nie jest to jednak łatwe w świecie, w którym mieszkańcy Labofni skazani są na samotność, banicję oraz izolację od reszty świata.

„Ktoś kiedyś postanowił, że Labofnia nie będzie istnieć równolegle z resztą świata. Ktoś lub coś postanowiło, że na wyspie nie będzie istnieć żadne przed ani po, że historia nie ma żadnej wartości, nie przynosi żadnych korzyści. Że jedyne, co może tutaj funkcjonować, to historionicość w najczystszej postaci.”

Historia opowiedziana w powieści toczy się na dwóch torach. Z jednej strony śledzimy losy naszego bohatera, a obok poznajemy dzieje samej wyspy. Początkowo część historyczna była dla mnie dość nużąca – daty, nazwiska, nazwy instytucji, relacje w wypraw itd – dużo suchych faktów, które po prostu bywały męczące. Jednakże nie da się w pełni zrozumieć tego, co przydarzyło się głównemu bohaterowi bez poznania wypadków z przeszłości wyspy, na którą trafił. Trzeba przyznać autorowi, że ma niezłą wyobraźnię, by wpleść w historię świata losy Labofni, ukazać jej wpływ na poszczególne państwa, a nawet Kościół czy światową kulturę – literaturę czy film, czyniąc to tak zgrabnie i umiejętnie. Niepokojące jest to, że w ten sposób przedstawiona historia zdaje się być jak najbardziej prawdopodobna… Zombie na Haiti. „Noc żywych trupów” George’a Romero. Michael Jackson i jego wideo klip „Thriller”. To wszystko tu jest i ma nierozerwalny związek z historią Labofni, którą poznajemy tylko dlatego, że główny bohater pewnego dnia postanawia nam o niej opowiedzieć. Byśmy wiedzieli…

„Pozwólmy zmarłym pogrzebać siebie nawzajem w spokoju i pozwólmy żywym odnaleźć sposób na życie z tymi, którzy wzbraniają się przed tym, by umierać wiele razy.”

Qystein Stene – Norweg, literaturoznawca, reżyser, scenarzysta, powieściopisarz („Master od Patience” 2003, „The Bearer of Shame” 2006, „The Necromancer” 20011) i rysownik – w zupełnie niecodzienny sposób podszedł do samej tematyki zombie. To zupełnie nowe spojrzenie, a zarazem próba ogarnięcia tematu poprzez prześledzenie różnych wierzeń i podań ich dotyczących. Przyzwyczajeni jesteśmy do wizerunku, w którym są one bezmózgimi, jęczącymi, powłóczącymi nogami, ulegającymi rozpadowi, krwiożerczymi stworami, których jedynym celem jest zabijanie żywych ludzi. Autor „Wyspy zombie” zupełnie odszedł od tego schematu. Jego zombie, choć początkowo nie potrafiące wyartykułować słów czy prawidłowo się poruszać, uczą się, myślą, starają się naśladować zachowanie śmiertelników, by możliwie jak najbardziej się do nich upodobnić. Mają własne mieszkania, chodzą do pracy, udzielają się towarzysko, zawiązują różne struktury społeczne, ustrojowe i polityczne. Tworzą wspólnotę przestrzegającą określonych reguł i zasad. Choć nie potrafią tak naprawdę odczuwać emocji, czy nawet bólu, nie potrzebują oddychać ani jeść, a ich uszkodzone kończyny oraz organy odrastają, to wydają się przy tym wszystkim niemal… ludzcy. Autor stawia więc pytania… Czy mają prawo istnieć? Czy mogą egzystować obok zwykłych śmiertelników?

Podsumowując: jeśli sięgniecie po tę książkę oczekując od niej, że będzie pełnokrwistym horrorem czy powieścią grozy wzbudzającą w was niepokój i spędzającą sen z powiek, srogo się zawiedziecie, a lektura będzie istną męczarnią. Jeśli jednak odsuniecie na bok początkowe o niej wyobrażenie, które nasuwa się samo po spojrzeniu na tytuł, okładkę czy zarys fabuły, a zamiast tego podejdziecie do niej jak do historii o człowieczeństwie z zombie w tle, wówczas okazać się może, że „Wyspa zombie” was zainteresuje, zaintryguje, wciągnie w opowiedzianą w niej historię. Sama zrobiłam ten błąd, że rozpoczęłam lekturę myśląc, że to kolejny horror o zombie. Przez to ciężko mi było się przestawić, przyzwyczaić do zupełnie innego gatunku. Nic więc dziwnego, że czytanie sprawiało mi trudność, zaś sama historia po prostu nużyła. Kiedy jednak odrzuciłam zupełnie początkowe me wyobrażenie na temat powieści i zaczęłam badać ją pod zupełnie innym kątem, nagle okazało się, że to całkiem wciągająca lektura z dość niecodziennym, a właściwie zupełnie nieoczekiwanym zakończeniem.

Moja ocena: 4/6

Wyspa zombie [Øystein Stene] - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Tytuł oryginalny: Zombie Nation
Tłumaczenie: Milena Skoczko
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2015
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 328
ISBN: 978-83-7785-555-3

bonito-pl

17 Replies to “„Wyspa zombie” – Qystein Stene”

  1. Dosyć mam już zombie – żywych trupów, które marzą o zjedzeniu ludzi. Zupełnie inne podejście do tematu sprawia, że mam chęć poznać bliżej tę książkę 🙂

    1. w sumie Ci się nie dziwię – intryguje tą innością, odbiegnięciem od utartego schematu, ale z drugiej strony z tego samego faktu może jednak do gustu nie podejść
      będziesz musiała sama podjąć decyzję 🙂

  2. Bardzo chętnie przeczytam, choć na codzień nie przepadam za tego typu książkami. Pamiętam jednak, że czytałam „Noc zombie” i bardzo mi się pdobała, więc myślę, że i ta książka przypadnie mi do gustu 🙂
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *