“Łabędzi śpiew” – Księga 2 – Robert McCammon (recenzja 508)

Minęło siedem długich, mroźnych, spowitych wiecznym mrokiem lat odkąd pierwsze bomby spadły z nieba zbierając śmiertelne żniwo i doszczętnie pustosząc Ziemię. Ci, którzy uszli z życiem, starają się przetrwać za wszelką cenę. Żyją w ziemnych lepiankach bądź chałupach skleconych z czego tylko się dało i trzymających się na słowo honoru, przez których ściany zimny wiatr hula i świszcze odbierając chroniącym się w nich mieszkańcom tę namiastkę ciepła, którą udało im się wykrzesać ze starych palenisk. Nadeszły czasy, w których mieszkający blisko siebie ludzie, nawet najbliżsi sąsiedzi, są sobie obcy. Troszczą się jedynie o siebie samych bądź ewentualnych członków rodziny. Ten okrutny, zimny, wyobcowany świat stał się idealnym miejscem dla tych, których od zawsze bawiło zło, którzy pragnęli władzy nad innymi. Do tej grupy ludzi należy Roland, który już dawno przestał być chuderlawym nastolatkiem z okularami na nosie zapatrzonym w gry komputerowe i wyobrażającym sobie, że wciela się w jedną z wirtualnych postaci. Po latach spędzonych u boku człowieka, którego nazywa w myślach swym Królem, stał się jednym z najbardziej odrażających ludzi, jacy dotąd stąpali po Ziemi. Uwielbia krzywdzić słabszych od siebie, bawi go ból wypisany na twarzach tych, którzy mają to nieszczęście przekroczyć próg jego kaźni. Tak, czasy, które nastały, pokazały jego prawdziwe oblicze. Wraz ze swym idolem kroczy na czele Armii Doskonałych, która niszczy wszystko, co napotka na swej drodze. A Szatan z uśmiechem na ustach przygląda się ich poczynaniom… Tymczasem w innej części kraju Swan wraz ze swym wiernym opiekunem, który stał się dla niej ojcem, o jakim zawsze marzyła, oraz jeszcze jednym mężczyzną, który dołączył do nich po drodze, szukają miejsca, w którym mogliby zatrzymać się na dłużej, bez strachu, że dopadnie ich Szkarłatnooki. Ich śladem podąża Siostra wraz z Paulem. Kierują się wizjami ukazanymi jej przez tajemniczy przedmiot znaleziony przed laty w zgliszczach Nowego Jorku. Cała trójka – Roland, Swan i Siostra – choć jeszcze tego nie wiedzą, zmierzają do tego samego celu. W międzyczasie ma miejsce prawdziwy cud – coś, co może ponownie zmienić bieg historii i na nowo rozpalić w ludzkich sercach nadzieję. Na to jednak nie może pozwolić sobie Szatan. Rozpoczynają się śmiertelne łowy…

“(…) krok po kroczku. Jeden krok, a za nim następny doprowadzą cię tam dokąd zmierzasz.”

Naprawdę ciężko jest mi pisać o II księdze “Łabędziego śpiewu” Roberta McCammona bez powtarzania tego wszystkiego, o czym wspominałam przy okazji omawiania poprzedniej części. Najlepiej zastosowałabym kopiuj – wklej i na tym zakończyła swe pisanie. Niemniej jednak się postaram. Na początek warto wspomnieć o tym, że księga ta niczym nie ustępuje swej poprzedniczce. Jest równie świetna i doskonała, i to pod każdym względem. Historia opowiedziana przez autora dosłownie zapiera dech w piersi. Przenosi Czytelnika do świata, który stał się prawdziwym Piekłem na ziemi. Do miejsca, które nim wstrząśnie podczas lektury. McCammon pisze w bardzo sugestywny sposób, niezwykle obrazowy. Pochłaniając kolejne stronice książki doskonale możemy wyobrazić sobie otaczający bohaterów krajobraz, poczuć przeszywające ich zimno, a także wyczuć odór rozkładających się ciał i zwierzęcych trucheł napotkanych na drodze. Na dużą uwagę zasługuje też doskonała kreacja samych bohaterów. Mamy wgląd w ich marzenia oraz lęki. Znamy cele, które im przyświecają i motywy, którymi się kierują. Jesteśmy również świadkami przemian, które w nich zachodzą. Niesamowite jest również to, jak autor ukazał w swej historii samego Szatana. Nie jest on tu taki, jak wielu z nas go sobie wyobraża. Wbrew pozorom oprócz ogromu Zła, które w sobie nosi, gdzieś bardzo, ale to bardzo głęboko tli się w nim maleńka iskierka Dobra, która w najmniej oczekiwanych momentach daje o sobie znać. Staje się to powodem toczącej się w nim wewnętrznej walki. Bywa słaby, a nawet odczuwa najprawdziwsze przerażenie.

Dylogię “Łabędzi śpiew” Roberta McCammona polecam wszystkim miłośnikom powieści fantastycznych, a zwłaszcza tym, których kręcą wizję świata po apokalipsie. To, co stworzył autor, jest jak najbardziej godne poznania. Ba! Wręcz należy to zrobić! Nie sposób bowiem przejść obojętnie obok tego dzieła i potem bez wstydu mówić o sobie, że jest się miłośnikiem fantastyki. To byłaby czysta hipokryzja! Dlatego też jeżeli macie się za fanów tego gatunku i dotąd nie mieliście okazji sięgnąć po tę dylogię, to czym prędzej nadróbcie zaległości. Na koniec wspomnę jeszcze, że warto sięgnąć po jeszcze jedną powieść autorstwa McCammona, która została przetłumaczona i wydana na naszym rynku – “Magiczne lata”. To książka pełna magii w każdym znaczeniu tego słowa. Kolejna perełka, obok której nie można przejść obojętnie. Polecam!

Moja ocena: 6/6

Tytuł oryginalny: Swan Song
Tłumaczenie: Maria Grabska – Ryńska
Wydawnictwo: Papierowy Ksieżyc
Rok wydania: 2013
Dylogia: Łabędzi Śpiew, księga 2
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 552
ISBN: 978-83-61386-37-7

Papierowy Księżyc 1

0Shares

16 Replies to ““Łabędzi śpiew” – Księga 2 – Robert McCammon (recenzja 508)”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *