Recenzja: „Schron” – Marcel Moss

GDY W CHMURACH SZALEJE CZARCIE WESELE, MOŻESZ BYĆ PEWIEN, ŻE KREW SIĘ POLEJE.

Nad Runowem szaleje potężna burza. Mieszkańcy wsi wierzą, że to efekt słowiańskiego „czarciego wesela”, gdy demony bawią się na niebie, zsyłając ludziom obłęd i śmierć.
Następnego dnia komisarz Sambor Malczewski wraz ze swoim psem, Terrorem, przeszukują las. W starym, powojennym schronie natrafiają na ludzkie szczątki. Szybko okazuje się, że należą one do Beaty i Juliana Wilczków oraz ich córki Klary – rodziny, która zaginęła bez śladu dwadzieścia lat wcześniej.

Malczewski przypuszcza, że za ich śmierć może odpowiadać Andrzej Robotnik – mężczyzna, który przed laty zamordował żonę, syna i teściową, po czym uciekł w głąb Puszczy Gorzowskiej. Wkrótce dochodzi do kolejnego makabrycznego morderstwa, a wśród mieszkańców Runowa wybucha panika.

Co tak naprawdę wydarzyło się w starym schronie?
Czy Wilczkowie padli ofiarą zbiegłego mordercy?
I kto dziś sieje grozę wśród mieszkańców, kiedy demony z nieba już ucichły, lecz te ludzkie dopiero się budzą?” – opis wydawcy

„Schron” Marcela Mossa to powrót do Runowa, który nie daje ani chwili wytchnienia — ani bohaterom, ani czytelnikowi. Autor po raz kolejny udowadnia, że potrafi spleść mrok, ludzkie dramaty i lokalne wierzenia w historię, która wciąga od pierwszego akapitu i nie pozwala oderwać się aż do ostatniej strony. A jednocześnie robi to w sposób inny niż w Polanie i Grocie — dojrzalszy, bardziej intensywny, mocniej osadzony w emocjach bohaterów i w tym, co niewypowiedziane.

Akcja rusza dokładnie w tym miejscu, w którym Moss zostawił nas w poprzednim tomie, więc od razu czuć ciągłość, jakbyśmy tylko przewrócili kolejną kartkę tej samej opowieści. Burza nad Runowem, określana przez mieszkańców mianem „czarciego wesela”, staje się nie tylko tłem, ale też metaforą tego, co za chwilę zacznie się dziać — bo w tej historii żywioły natury i żywioły ludzkiej psychiki splatają się ze sobą wyjątkowo mocno. Gdy Sambor Malczewski wraz z Terrorem trafia na ludzkie szczątki ukryte w starym schronie, od razu wiadomo, że to nie będzie zwykłe śledztwo. Zwłaszcza że odnalezione kości należą do rodziny, która zniknęła dwadzieścia lat wcześniej, pozostawiając po sobie więcej pytań niż śladów.

Moss świetnie wykorzystuje motyw przeszłości, która nie daje o sobie zapomnieć — zarówno tej osobistej, jak i tej, która odcisnęła piętno na całej społeczności. Retrospekcje, wplecione w narrację z wyczuciem, nie tylko uzupełniają obraz wydarzeń sprzed lat, ale też nadają im emocjonalnej głębi. Dzięki nim widać, jak bardzo teraźniejsze dramaty wyrastają z dawnych decyzji, przemilczeń i błędów, które nigdy nie zostały naprawione. To właśnie w tych fragmentach najmocniej wybrzmiewa to, co Moss robi najlepiej — pokazuje, że największe potworności rodzą się nie w legendach, lecz w ludziach, którzy na co dzień wyglądają zupełnie zwyczajnie.

Sambor Malczewski pozostaje bohaterem, którego trudno nie lubić, nawet jeśli sam siebie nie znosi. W tej części jest bardziej ludzki niż kiedykolwiek — rozdarty między potrzebą kontroli a świadomością, że nie wszystko da się naprawić siłą woli. Jego relacje z innymi bohaterami, zwłaszcza z Judytą, są pełne napięcia, ale też szczerości, która nie zawsze jest wygodna. To właśnie ta prawdziwość — czasem szorstka, czasem niewygodna — sprawia, że Sambor jest postacią tak wiarygodną. Widać, jak bardzo próbuje zrehabilitować się za dawne błędy, jak walczy o to, by nie powtórzyć przeszłości, i jak trudno mu uwierzyć, że nie musi dźwigać wszystkiego sam.

„Schron” to również opowieść o Runowie — miejscu, które samo w sobie jest bohaterem. Mroczne lasy, powalone drzewa, stary schron, lokalne wierzenia o czarcim weselu… wszystko to tworzy atmosferę, która jest jednocześnie duszna i magnetyczna. Moss potrafi sprawić, że czytelnik czuje na skórze chłód lasu, słyszy echo burzy i ma wrażenie, że coś czai się tuż poza zasięgiem wzroku. A jednocześnie nie popada w przesadę — elementy wierzeń słowiańskich są tu raczej narzędziem budowania klimatu niż próbą nadania historii nadnaturalnego charakteru.

Fabuła prowadzona jest dynamicznie, ale nie chaotycznie. Każdy trop ma swoje miejsce, każda retrospekcja coś wnosi, a napięcie rośnie z rozdziału na rozdział. Moss nie boi się pokazywać brutalności świata, ale robi to z wyczuciem — bardziej poprzez emocje i konsekwencje niż przez dosłowność. I choć w tekście zdarzają się drobne błędy czy nieścisłości, nie wpływają one na odbiór całości, która jest po prostu mocna, spójna i angażująca.

Największą siłą „Schronu” jest jednak to, że nie daje prostych odpowiedzi. Pokazuje, że zło nie zawsze ma jedną twarz, a prawda potrafi być równie bolesna jak kłamstwo. Że przeszłość potrafi wracać w najmniej oczekiwanym momencie, a ludzie, których uważamy za niegroźnych, mogą skrywać najciemniejsze sekrety. I że czasem największe dramaty rozgrywają się tam, gdzie nikt nie patrzy.

Zakończenie pozostawia nas z poczuciem, że to jeszcze nie koniec — i to w najlepszym możliwym sensie. Moss otwiera kolejne drzwi, nie zamykając poprzednich, dzięki czemu cała seria nabiera jeszcze większej spójności. Jeśli kolejny tom faktycznie powstanie, sięgnę po niego bez wahania, bo „Schron” tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że ta historia ma jeszcze wiele do zaoferowania.

To mroczna, intensywna i świetnie skonstruowana opowieść, która pokazuje, że Marcel Moss doskonale wie, jak prowadzić serię, by z tomu na tom była coraz bardziej angażująca. A Runowo… cóż. To miejsce, do którego wraca się z dreszczem, ale i z nieodpartą ciekawością.

dotąd w serii ukazały się:

„Polana”„Grota”„Schron”


Tytuł: Schron
Autor: Marcel Moss
Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 28/01/2026
Seria/Cykl: Sambor Malczewski, tom 3
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 384
ISBN: 978-83-8402-959-6
Gatunek: thriller, kryminał

Opisywana książka jest egzemplarzem recenzenckim (barter). Wydawnictwo nie miało wpływu na moją ocenę i treść recenzji.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Filia.


Pamiętaj: #czytajlegalnie !
⏬ książkę kupisz np. tu ⏬

0Shares