Recenzja: „Przeznaczeni” – Holly Bourne

Recenzja: „Przeznaczeni” – Holly Bourne

„Przeznaczeni” to debiut literacki pisarki i dziennikarki Holly Bourne. To opowieść o miłości tak silnej, tak prawdziwej, tak wyjątkowej, że wręcz mogącej sprowadzić zagładę ludzkości i całego świata…

Poppy Lawson ma siedemnaście lat i nie jest typową nastolatką. Nie marzy o wielkiej miłości, bo w nią nie wierzy. Nie wzdycha nad historią Romea i Julii. Nie jest maniaczką Zmierzchu Stephenie Meyer z obsesją na punkcie fluorescencyjnego wampira. Nie płacze też nad romansidłami Nicholasa Sparksa. W ogóle uważa, że faceci nie są potrzebni jej do szczęścia, a już zwłaszcza rówieśnicy, którzy w jej oczach są po prostu obrzydliwi. Dwie połówki jabłka? Bratnie dusze? Przeznaczenie? Proszę was – coś takiego przecież nie istnieje! Aż w końcu przychodzi dzień, który wszystko zmienia. Kiedy w jej życiu pojawia się niezwykle przystojny i charyzmatyczny Noe, gitarzysta lokalnego zespołu rockowego, budzą się w niej uczucia, o których istnieniu nie zdawała sobie dotąd sprawy. Miłość, która łączy tych dwoje, jest tak silna, że wręcz niebezpieczna… ale nie dla nich, lecz dla otaczającego ich świata. Czy warto walczyć o uczucie, które może sprowadzić na ludzkość zagładę?

„Miłość zmienia ludzi. Kształtuje ich. Spala serce na popiół, ale później powstaje ono niczym feniks, silniejsze i wspanialsze niż kiedykolwiek”.

Wszyscy pragniemy miłości. Każdy z nas marzy o tym, by w jego życiu pojawił się ktoś, kto go pokocha i sprawi, że będziemy szczęśliwi. Czasami bywa jednak tak, że z obawy przed samotnością wmawiamy sobie, iż to, co czujemy do drugiej osoby, to właśnie miłość. Wolimy się oszukiwać, niż być sami. Prawda jest jednak taka, że tylko nieliczni mają szansę przeżyć prawdziwą miłość; spotkać na swej drodze kogoś naprawdę mu przeznaczonego. I właśnie ten motyw postanowiła wykorzystać Holly Bourne w swoim debiutanckim dziele. Jednak nie podążyła utartymi szlakami. Postanowiła stworzyć historię o tym, co by się stało, gdyby odnalezienie przeznaczonej nam osoby było najgorszym, co mogłoby nam się przydarzyć w życiu. To mnie naprawdę zaskoczyło, bowiem praktycznie każda książka dla młodzieży traktująca o pierwszej miłości wygląda tak samo – spotyka się dwoje młodych ludzi, zakochują się w sobie, a potem żyją długo i szczęśliwie. I choć początkowo wszystko w „Przeznaczonych” przebiega zgodnie z tym schematem, to później następuje nagły zwrot akcji, który burzy tę cudowną sielankę.

Szkoda tylko, że dotarcie do tych bardziej ekscytujących momentów w powieści zajmuje tak dużo czasu. Na dobrą sprawę przez pierwsze 300 stron wieje nudą! No chyba że ktoś lubi czytać o podbojach miłosnych puszczalskiej przyjaciółeczki Poppy, strojeniu się na koncerty, zwykłych dziewczyńskich pogaduchach i monotonnym życiu rodzinnym głównej bohaterki, której ojciec non stop siedzi przyklejony do gazety i duka do córki te same odpowiedzi, a matka wiecznie pyta „czy wszystko w porządku?”.

Sytuacji nie ratuje również sposób, w jaki została napisana ta książka. Jej grupą docelową jest młodzież, jednak język, jakim posługują się bohaterowie powieści, momentami jest zbyt wyluzowany, przesadzony, a czasem wręcz prostacki i ordynarny:

„Podobno zaliczasz więcej dziewczyn, niż człowiek z biegunką w kiblu.”

„Poczułam, że policzki mnie palą. Przypomniałam sobie, jak alkohol obudził we mnie szmatę.”

Nazbyt często trafiałam na puste, idiotyczne, wręcz żałosne teksty, które absolutnie nic nie wnosiły do historii (bo czy naprawdę tak ważne podczas rozmowy z kimś są rozważania na temat brudnych włosów?), albo na dialogi, które jedynie powodowały u mnie wzrost irytacji:

„- Czułem się jak dupek (…)

– To, co zrobiłeś, było dość dupkowate”

Kolejna sprawa to kwestia nazewnictwa. Nie wiem, czy wynika to z naszego tłumaczenia, czy tak samo brzmią one w oryginale, ale moim zdaniem nazwanie grup rockowych pojawiających się w powieści per Nerwobóle bądź Kucyki jest co najmniej śmieszne i nie na miejscu. Żaden szanujący siebie rockman nie nadałby swojemu zespołowi tak bzdurnej bądź cukierkowatej nazwy. To samo tyczy się imienia głównej bohaterki. Poppy kojarzy mi się ze słodkim psiakiem z opadającym uszkiem i wyciągniętym jęzorkiem, a nie z wkraczającą w dorosłość młodą i piękną dziewczyną.

Zdaję sobie sprawę, że książka spodoba się pewnie wielu nastolatkom, bo większość z nich lubi przecież poczytać historie o pierwszej, gorącej, burzliwej miłości. Choć zastanawia mnie, ile z nich będzie zadowolonych z zakończenia, które tak bardzo odbiega od utartych schematów. Na dobrą sprawę tylko ono ratuje w moich oczach tę  powieść. Pod każdym innym względem mnie niestety zawiodła. Prawdą jest, że męczyłam się nad lekturą i gdybym miała możliwość cofnięcia czasu, drugi raz po tę książkę bym nie sięgnęła.

Moja ocena: 2/6

Tytuł oryginalny: Soulmates
Tłumaczenie: Filip Makowiecki
Wydawnictwo: YA!
Rok wydania: 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 448
ISBN: 978-83-280-0995-0

0Shares
Powrót do góry