„Jedna nić. Dwa dzieciństwa. Trzydzieści lat milczenia
W latach dziewięćdziesiątych w Foluszu zamordowano dwoje dzieci. Z miejsca zbrodni zniknął sandał dziewczynki, obok chłopca leżała piłeczka. Mordercy nigdy nie złapano.
Trzy dekady później na Suwalszczyznę przyjeżdża Ruta – policjantka, która po przerwie wraca do służby. Chce odpocząć od przeszłości i zamieszkać na tych terenach.
Na strychu jednego z domów znajduje pudełko, a w nim dziewczęcy but przewiązany czerwoną nitką. Wraz z młodym posterunkowym odkrywa historię, którą pamiętały już tylko zakurzone akta.
Rozpoczynające się śledztwo sięga dalej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać – w głąb lasu, w ludzkie milczenie, w winę sprzed lat. A to, co miało chronić, staje się dowodem.” – opis wydawcy
„Czerwona nić” Agnieszki Jeż to jedna z tych powieści, które z pozoru obiecują „tylko” solidny kryminał z zimnym trupem sprzed lat, a po cichu rozplatają w czytelniku coś znacznie bardziej osobistego. Zaczyna się jak klasyczna historia o nierozwiązanej zbrodni z lat dziewięćdziesiątych, o dwójce zamordowanych dzieci i akcie, który dawno pokrył kurz. Ale bardzo szybko okazuje się, że ta tytułowa czerwona nić nie jest wyłącznie rekwizytem z miejsca zbrodni, tylko metaforą wszystkiego, co nas wiąże: z przeszłością, rodziną, miejscem, winą, a nawet z własnym milczeniem.
Jeż od razu ustawia ton powieści prologiem, w którym pojawia się motyw czerwonej nitki jako czegoś, co ma chronić, odpędzać zło i objawiać prawdę. Ten drobny, niemal ludowy zabieg – jak amulet przewiązany na nadgarstku – staje się później klamrą dla całej historii. Autorka w wywiadzie mówi, że prawdziwa zbrodnia była dla niej tylko punktem wyjścia, inspiracją, którą trzeba było „opakować” w fikcję. I to „opakowanie” jest tu naprawdę dopracowane: zamiast wiernego odtwarzania akt sprawy dostajemy literacką konstrukcję, w której ważne jest nie tylko to „kto zabił”, ale też co przez trzydzieści lat działo się z ludźmi, którzy żyli obok tej zbrodni – i z tymi, którzy mieli ją wyjaśnić.
W centrum tej opowieści stoi Ruta – policjantka „z odzysku”, kobieta po przerwie w służbie, która przyjeżdża na Suwalszczyznę z nadzieją na nowe rozdanie. Ten motyw – funkcjonariuszka uciekająca z dużego świata do mniejszej miejscowości, żeby odpocząć od przeszłości – jest dość dobrze znany z literatury i seriali kryminalnych, więc miałam wrażenie lekkiego déjà vu. Ale Jeż nie zostawia go w wersji sztampowej. Ruta nie jest młodą, gniewną policjantką z traumą w tle, tylko kobietą, która myśli o spokojnym dotrwaniu do emerytury, o stabilnej pracy, z której nikt jej nie wyrzuci, bo „zestarzeje się jeszcze bardziej”. To bohaterka na takim etapie życia, kiedy człowiek zaczyna zadawać sobie niechciane pytania: co właściwie przeżyłam, czego doświadczyłam, czy jestem szczęśliwa. I to właśnie te pytania, a nie sama zagadka kryminalna, nadają powieści emocjonalny ciężar.
Ruta przyjeżdża w miejsce, które z jednej strony kusi spokojem, a z drugiej – jest podszyte dramatyczną historią sprzed lat. Suwalszczyzna u Jeż nie jest tylko tłem, ale pełnoprawnym bohaterem. To kraina „dzikiej natury”, wiecznych zmarzlin, uroczysk, torfowisk i tajemniczych głazów, gdzie „ziemia pamięta, a woda niesie wspomnienie”. Autorka świetnie wykorzystuje ten klimat pogranicza – miejsca na styku terytoriów, kultur i historii – żeby zbudować atmosferę lekkiego niepokoju, w której racjonalne śledztwo styka się z czymś intuicyjnym, irracjonalnym. To nie jest powieść z elementami fantastycznymi, ale ma w sobie tę aurę: „tam dusze płaczą”, jak pada w jednym z cytatów. I kiedy bohaterowie wchodzą w las, w bagna, w miejsca, gdzie „przeszłość się zatrzymała”, czytelnik ma poczucie, że wchodzi razem z nimi w przestrzeń, w której pamięć nie daje się tak łatwo zakopać.
Na tym tle rozgrywa się śledztwo w sprawie morderstwa sprzed trzydziestu lat. W policyjnej perspektywie to już prehistoria – akta, które dawno odłożono na półkę, sprawa, która „po cichu” przestała być priorytetem, choć nikt nie miał odwagi jej oficjalnie umorzyć. Jeż bardzo ciekawie pokazuje mechanizm, w którym zbrodnia na dzieciach początkowo porusza wszystkich, mobilizuje służby, a potem – wraz z upływem czasu, zmianą ludzi, priorytetów i realiów – staje się „tylko historią”. To nie jest oskarżycielska publicystyka, ale między wierszami widać gorzką refleksję o tym, jak system potrafi zawieść, jak łatwo jest schować niewygodną sprawę w archiwum, licząc na to, że pamięć społeczna też się zestarzeje.
W tym sensie Ruta jest kimś więcej niż tylko kolejną policjantką z literackiego uniwersum. Jako „reaktywowana” funkcjonariuszka, która wraca do służby po latach, dostaje zadanie z góry skazane na porażkę: ma zmierzyć się z dochodzeniem, z którym wcześniej nikt sobie nie poradził, i to jeszcze pod presją czasu, bo do przedawnienia zostało zaledwie kilka miesięcy. Jej pozycja jest krucha – jest „z odzysku”, musi udowodnić swoją wartość w środowisku, które niekoniecznie czekało na jej powrót z otwartymi ramionami. To napięcie między osobistą potrzebą nowego początku a zawodową misją dobrze napędza fabułę. Ruta nie jest superbohaterką, tylko człowiekiem, który wchodzi w stare rany – cudze i własne – z całym bagażem swoich życiowych wyborów.
Jednym z ważniejszych wątków jest relacja Ruty z matką i nieobecnym ojcem. Autorka bardzo trafnie uchwyciła to, jak nielogiczne, a jednocześnie potężne są nasze uczucia wobec rodziców: „nie są racjonalne, za to są bardzo silne”. Ruta ma do matki żal nie tyle o konkretne decyzje, ile o milczenie – o to, że nigdy nie chciała opowiedzieć o przeszłości, o ojcu, o tym, dlaczego nie mieszkał z nimi. Ten brak opowieści, brak słów, staje się kolejną „czerwoną nicią” – niewidzialnym, ale bardzo mocnym splotem, który ciągnie się przez całe życie bohaterki. W pewnym momencie pada zdanie, że nie mamy władzy nad przeszłością, możemy ją co najwyżej opisać i zostawić w spokoju. To zdanie dobrze streszcza filozofię tej powieści: śledztwo jest tu próbą opisania przeszłości, nazwania jej, żeby wreszcie przestała rządzić teraźniejszością.
Jeż nie ogranicza się jednak do rodzinnych traum i policyjnych procedur. W tle pojawia się też współczesność – bardzo konkretna, osadzona w realiach pogranicza, z wątkiem straży granicznej, napięć na granicach i trwającej wojny w Ukrainie. To nie są rozbudowane, publicystyczne fragmenty, raczej dyskretne przypomnienie, że świat za oknem nie jest neutralny. Granica nie jest tylko linią na mapie, ale miejscem, gdzie kumulują się lęki, niepokoje, polityka i ludzkie dramaty. Ten kontekst dodaje powieści aktualności i sprawia, że historia sprzed trzydziestu lat nie wybrzmiewa w próżni – jest opowiadana z perspektywy świata, który znowu żyje w cieniu wojny i niepewności.
Na poziomie obyczajowym „Czerwona nić” dotyka też tematów bardzo codziennych: rozpadu małżeństwa, prób ułożenia sobie życia na nowo, rozczarowań związanych z relacjami. Jest tu świetna obserwacja rozwodu jako pola bitwy, na którym wszystkim brakuje już amunicji i sił, taktyka dawno zawiodła, a ludzie i tak nadal walczą. Jest też ironiczny komentarz do współczesnego randkowania w internecie – tego klikania w nieskończoność, w przekonaniu, że „na kolejnej stronie będzie ktoś lepszy”. Te fragmenty są celne, życiowe, a przy tym nie odrywają nas od głównego wątku, tylko pogłębiają portret bohaterów. Decyzja Ruty o odejściu od partnera jest pokazana jako „zryw wolnościowy”, bunt wobec gnuśności i sankcjonowania czegoś, co już dawno przestało działać. To kolejny moment, w którym widać, że ta powieść jest tak samo o śledztwie, jak o odwadze do przecięcia własnych, toksycznych nici.
Jeśli chodzi o konstrukcję kryminalną, Jeż prowadzi czytelnika przez śledztwo w sposób uporządkowany, bez fajerwerków, ale z wyczuciem tempa. Nie ma tu tanich szoków ani epatowania przemocą – zbrodnia na dzieciach jest obecna, ale nie jest rozpisana na drastyczne szczegóły. Bardziej liczy się to, jak ta zbrodnia rezonuje w ludziach: w mieszkańcach, którzy pamiętają tamten czas, w policjantach, którzy kiedyś prowadzili sprawę, w tych, którzy woleliby, żeby pewne rzeczy pozostały zakopane. Autorka dobrze pokazuje mechanizmy milczenia: to, jak społeczność potrafi „zastygnąć” wokół niewygodnej prawdy, jak łatwo jest przyzwyczaić się do tego, że coś „po prostu było” i nie wracać do tego, dopóki ktoś z zewnątrz nie zacznie zadawać pytań.
Na poziomie języka „Czerwona nić” jest napisana sprawnie, z kilkoma naprawdę ładnymi, zapadającymi w pamięć zdaniami – szczególnie tam, gdzie w grę wchodzi opis natury i refleksje o pamięci. Zdarzają się też drobiazgi, które wybijają z rytmu – jak błąd w imieniu jednej z ofiar w dialogu, który rzuca się w oczy, gdy jest się uważnym czytelnikiem. To drobnostka, ale przy tak dopracowanej symbolice i atmosferze szkoda, że nie została wyłapana na etapie redakcji. Za to fizyczne wydanie książki robi bardzo dobre wrażenie: chropowata okładka, wypukłe czerwone nici, które można dosłownie poczuć pod palcami, świetnie korespondują z treścią. To jedna z tych sytuacji, kiedy projekt okładki nie jest tylko ozdobą, ale przedłużeniem metafory – dotykając tych nici, ma się wrażenie, że obcuje się z materialnym śladem historii. Szerokie marginesy i większa interlinia sprawiają, że lektura jest szybka, „oddychająca”, co przy tematyce cięższej emocjonalnie działa na plus.
Dla mnie ciekawym doświadczeniem było też to, że wracam do twórczości Agnieszki Jeż po latach. Moje pierwsze spotkanie z jej prozą – powieść „Nie oddam szczęścia walkowerem”, napisana w duecie z Pauliną Płatkowską – oceniłam kiedyś na 4/6. To była zupełnie inna historia, inny klimat, bardziej obyczajowy, lżejszy. „Czerwona nić” pokazuje autorkę w zupełnie innym rejestrze: dojrzalszą, bardziej skupioną na psychologii, odważnie sięgającą po inspiracje z prawdziwych zbrodni, ale bez tabloidowego zacięcia. Widać, że przez te lata jej pisanie się zmieniło – i to w stronę, która bardzo mi odpowiada.
Największą siłą tej powieści jest dla mnie to, że łączy kilka warstw bez wrażenia sztucznego sklejania: kryminał z cold case’em, obyczaj o kobiecie w średnim wieku, która próbuje na nowo poukładać swoje życie, refleksję o pamięci i winie, a do tego jeszcze aktualny kontekst pogranicza i wojny. Tytułowa czerwona nić rzeczywiście spina to wszystko w całość – jest symbolem więzi, które chronią i ranią, milczenia, które krępuje, ale też odwagi, żeby w końcu coś przeciąć. To nie jest książka, która przewróci gatunek do góry nogami, ale jest to bardzo solidna, emocjonalnie uczciwa opowieść, która zostawia w głowie kilka zdań, do których chce się wrócić.
I co ważne: „Czerwona nić” to dopiero początek serii z Rutą Rosieńską. Czuć to w sposobie, w jaki autorka buduje bohaterkę — zostawia w niej przestrzeń na rozwój, na kolejne zmagania, na dalsze splątania i rozsupływania nici. Jeśli następne tomy utrzymają ten poziom atmosfery i emocjonalnej prawdy, zapowiada się cykl, który będzie rósł razem z bohaterką, a nie tylko powielał schematy gatunku.
To powieść, która nie epatuje brutalnością, nie goni za tanimi zwrotami akcji, ale konsekwentnie odsłania to, co ludzie przez lata chowali pod dywanem. Jeśli lubisz kryminały, które są tak samo o zbrodni, jak o pamięci, winie, milczeniu i próbie zaczęcia od nowa — „Czerwona nić” jest bardzo dobrym wyborem. A kiedy zamkniesz książkę, być może jeszcze przez chwilę będziesz czuć pod palcami tę symboliczną nić, która łączy, krępuje, chroni i rani — dokładnie tak, jak w życiu.
Tytuł: Czerwona nić
Autor: Agnieszka Jeż
Wydawnictwo: Harde
Rok wydania: 11/03/2026
Seria/Cykl: Ruta Rosieńska, tom 1
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 336
ISBN: 978-83-8343-728-6
Gatunek: kryminał, sensacja
Opisywana książka jest egzemplarzem recenzenckim (barter). Wydawnictwo nie miało wpływu na moją ocenę i treść recenzji.
Za książkę dziękuję wydawnictwu Harde.
Pamiętaj: #czytajlegalnie !
książkę kupisz np. tu
