„Jak cię zabić, kochanie?” – Alek Rogoziński

Sięgając po książkę Rogozińskiego miałam nadzieję na to, że, patrząc na zarys fabuły na jej okładce, będzie ona lekturą lekką i niewymagającą wielkiego skupienia, ot taką, która pozwoli mi się zrelaksować po ciężkim dniu i kto wie – może faktycznie rozbawi.

Pierwsze przeczytane przeze mnie zdania zdawały się zgoła potwierdzać pokładane w powieści nadzieje:

„Pewnego chmurnego i deszczowego wieczoru Kasia Donek postanowiła zabić swojego męża. Na pomysł ów wpadła w czasie przygotowywania kotletów schabowych, złapawszy się nieco wcześniej na myśli, że zamiast do mięsa chętnie użyłaby dzierżonego w dłoni tłuczka do zadania kilku mocniejszych ciosów w potylicę swojego małżonka.”

A wszystko przez testament bajecznie bogatej babki, która w swej ostatniej woli zawarła dość niecodzienny warunek otrzymania po niej spadku przez wnuczkę i jej drugą połowicę – otrzymają go, jeśli w ciągu pierwszych pięciu lat małżeństwa dorobią się dziecka, albo jeśli któreś z nich przedwcześnie pożegna się z życiem. Jako że na spełnienie pierwszego z nich się nie zapowiadało, pozostała opcja nr dwa – postarać się, aby jeszcze do niedawna ukochany człowiek odszedł z ziemskiego padołu w trybie przyspieszonym.

Pytanie tylko, jak tego dokonać? Trzeba przyznać Katarzynie jedno – wyobraźnię to ta kobieta ma dość wybujałą! Zaserwować potrawkę z nieświeżego mięsa? A może lepsze będą trujące grzybki? Popsuć samochód? A może sfingować porażenie prądem? Hmm… Czy może jednak lepiej będzie podpiłować schody do piwnicy? Wszak mężowi daleko do wagi piórkowej, więc mogłoby się udać…

Szybko jednak okazuje się, że pomysł to jedna, zaś jego realizacja… Cóż, to już zupełnie inna para kaloszy. Zwłaszcza, kiedy nagle w paradę wchodzą zakonnice, którym przywdziany habit pasuje niczym przysłowiowej świni siodło, niedorobiony nieboszczyk – a nawet dwa!, a także Złocisty – tyle że nie kurczak a Tygrys, który w rozmowach nagminnie nadużywa zoologicznych porównań.

Wkrótce wszystko zagmatwa się do tego stopnia, że już nie będzie wiadomo, kto jest ofiarą a kto ścigającym ją myśliwym. Jedno mogę wam jednak obiecać – będziecie się dobrze bawić podczas lektury „Jak cię zabić, kochanie?”. I kto wie, może od czasu do czasu wybuchać śmiechem… Mnie się to udało. No bo jak się nie uśmiechnąć czytając m.in coś takiego:

„Widząc, jak jego teściowa leci w dół, Darek automatycznie chciał ją chwycić już za cokolwiek się tylko dało.
Średnio głośny upadek Basieńki na piwniczną podłogę został całkowicie zagłuszony przez histeryczny ryk Darka.
– Oskalpowałem mamusię!!! – brzmiała treść ryku. – O nie!!! Ratunku!!!
Kasia spojrzała w górę i aż się zachłysnęła z przerażenia. Jej mąż trzymał w garści jakąś straszliwą ilość blond loków. Potrzeba było dłuższej chwili, żeby Kasia zorientowała się w sytuacji.
– Zamknij się jak rany!!! – wrzasnęła do wciąż wydającego z siebie histeryczne kwiki męża. – Nikogo nie oskalpowałeś!!! To są doczepy!!!”

A ręczę wam, że na kartach powieści jest tego więcej. Dlatego też, jeśli dopadł was gorszy humor, albo po prostu macie ochotę na coś lekkiego i niepozbawionego humoru, sięgnięcie po dzieło Rogozińskiego będzie dobrym wyborem.

Jednak jego książka to nie tylko sympatyczna komedia kryminalna, ale też zgoła coś innego. Między wierszami znaleźć można opinie autora, z którymi nota bene w zupełności się zgadzam, dotyczące m.in pazerności kleru, niskiej świadomości Amerykanów dotyczącej położenia i mentalności mieszkańców europejskich krajów, kiepsko funkcjonującej polskiej służby zdrowia, czy w końcu beznadziejności oferty telewizyjnej, serwującej swym widzom pustą papkę i odgrzewane kotlety.

„Jak cię zabić, kochanie?” było moim pierwszym spotkaniem z twórczością autora. Po lekturze wiem jedno – nie ostatnim.

Moja ocena: 4/6

Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2016
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 336
ISBN: 978-83-8075-103-3

bookmaster

33Shares