„Zombie SS” (recenzja 513)

Szukając jakiegoś filmu, który mogłabym wraz z mężem obejrzeć wieczorem, natrafiłam na wytwór produkcji norweskiej – „Zombie SS’ (Dead Snow), którego reżyserem jest Tommy Wirkola. Mimo tego, że film miał swą premierę dość dawno (2009 rok), nigdy o nim nie słyszałam. A to w sumie dziwne, gdyż należy do gatunku, który lubię najbardziej. Już spoglądając na tytuł można domyślić się, że chodzi o horror. W rzeczywistości jednak jest to nie tyle horror, co film grozy połączony z czarną komedią, dlatego też decydując się na obejrzenie go, należy traktować go z przymrużeniem oka. Ja tak zrobiłam i mimo tego, że film okazał się absurdalnie głupi, to i tak przyjemnie spędziłam przy nim czas.

Film opowiada o grupie przyjaciół, studentach medycyny, którzy na czas ferii wielkanocnych postanowili wyskoczyć w góry w okolice Øksfjord, gdzie mieścił się domek należący do dziewczyny jednego z uczestników tej eskapady. Mieli w planach miło spędzić czas i początkowo faktycznie tak było. Wszystko zmieniło się po tym, jak do ich chaty zawitał tajemniczy starszy mężczyzna, który opowiedział im historię dotyczącą wydarzeń z czasów II Wojny Światowej. Dotyczyła ona stacjonujących tu Niemców, którzy siali strach wśród tubylców. Nadszedł jednak czas zemsty, większość okupantów zginęła, jednak część z nich, wraz z głównodowodzącym, zdołała zbiec i się ukryć. Odtąd nikt o nich nie słyszał, choć od tamtego czasu w okolicy mają miejsce dziwne, trudne do wyjaśnienia wypadki. Jak łatwo można się domyślić młodzi ludzie zupełnie nie przejęli się tym, co usłyszeli od ich niespodziewanego gościa. Wkrótce jednak przekonują się, że w zasłyszanej legendzie jest więcej prawdy, niż myśleli. Rozpocznie się niebezpieczna rozgrywka, w której stawką będzie życie każdego z nich.

Motyw zombie staje się coraz popularniejszy. Chętnie sięgają po niego zarówno autorzy powieści, jak i producenci filmów. Sama bardzo lubię historie, w których występują te istoty. Nic więc dziwnego, że postanowiłam obejrzeć „Zombie SS”. Zaciekawił mnie nazistowski aspekt tej opowieści, nawiązanie do czasów II Wojny Światowej, ówczesnych wydarzeń, które stały się podwaliną dla teraźniejszych wydarzeń. Zabrakło mi jednak jednej rzeczy, dla mnie dość istotnej (i pewnie dla innych widzów również) – wyjaśnienia, jak właściwie doszło do tego, że niemieccy żołnierze, tuż po tym jak zginęli z powodu panującego mrozu, przebudzili się jako zombiaki. Pomijając ten fakt przyznać muszę, że twórcy filmu mieli całkiem interesujący pomysł na tę historię. Szkoda jedynie, że poległo wykonanie. Niemniej jednak w filmie znaleźć można kilka ciekawych scen, które dodają mu smaczku oraz niezmiernie bawią widza. Jak dla mnie bezcenny był motyw, kiedy to jeden ze studentów dostaje prawego sierpowego od zombie, bądź scenka, w której to dwoje śmiałków dzierżąc w dłoniach przypadkową broń znalezioną w szopie staje naprzeciw nadbiegającym hordom nazistowskich umarlaków. Śmiałam się w głos! Krew leje się tu litrami (do produkcji zużyto 450 litrów sztucznej krwi), na ziemię wypadają flaki, a nawet służą bohaterom za… liny! Czego to ludzie nie wymyślą. Mimo całego absurdu, z jakim miałam tu do czynienia, i tak nie żałuję czasu spędzonego na obejrzenie „Zombie SS”. Zabawne jest to, że w tym roku nakręcono kontynuację, choć zabawniejsze będzie bodaj to, że zamierzam ją obejrzeć. Od czasu do czasu można obejrzeć jakiś typowy odmóżdżacz, horror, podczas którego zamiast się bać, będziecie się śmiać.

Moja ocena: 3/6

Tytuł oryinalny: Dead Snow
Gatunek: horror, czarna komedia
Czas: 90 min
Produkcja: Norwegia
Premiera: początek 2009
Reżyseria: Tommy Wirkola
Scenariusz: Tommy Wirkola, Stig Frode Henriksen
Muzyka: Christin Wibe

1Shares