„Upadłe anioły. Misja” – J.R. Ward [recenzja 418]

Gdyby głównym moim kryterium przy wyborze kolejnej lektury do czytania były wrażenia wizualne na podstawie okładki trzymanej w ręku książki, odłożyłabym ją z całą pewnością na półkę. Oprawa najnowszej powieści J.R. Ward, autorki (podobno, bo nie czytałam) bestsellerowej serii Bractwa Czarnego Sztyletu, w żaden sposób mnie nie urzekła. Prawdę mówiąc absolutnie mi się nie podoba – mdłe kolory, niczym nie wyróżniająca się grafika na froncie i do tego słaba jakościowo – miękka, od razu widać, że łatwo można uszkodzić rogi, albo dorobić się załamań – czego niestety bardzo nie lubię. Na całe szczęście jestem wyznawczynią zasady, żeby książek nie oceniać po okładce. Do lektury przekonał mnie więc krótki opis fabuły zamieszczony z tyłu, choć teraz, kiedy książkę mam już za sobą, stwierdzić mogę, że zostało w nim ujawnione zbyt dużo szczegółów.

Głównym bohaterem powieści jest Jim Heron. Od niedawna mieszka w Caldwell, gdzie pracuje na budowie. Razem z resztą ekipy, wśród których są jego kumple Adrian i Eddie, wznosi olbrzymi dom dla miejscowego magnata Vina diPietro. Po robocie Jim chętnie zagląda do baru „Żelazna Maska” i któregoś dnia spotyka w nim ponętną kobietę w niebieskiej sukience. Tego samego wieczoru spędza z nią namiętne chwile. To miał być jednorazowy numerek, po którym oboje mieli rozejść się każde w swoją stronę. Ku swemu zdziwieniu Jim widzi ją ponownie… u boku Vina diPietro, z którym, jak się okazuje, jest od dawna związana. Widok ten tak bardzo go szokuje, że przez nieuwagę doprowadza do wypadku i umiera. Jednak nie dane jest mu zaznać wiecznego spokoju. Oto bowiem staje przed obliczem czworga aniołów, którzy informują go, iż został wybrany do wypełnienia ważnej misji. Takiej, od której zależeć będzie dalsze istnienie Nieba i przyszłość dusz wszystkich ludzi. Jeśli nie podoła, władzę przejmą demony, a aniołowie staną się ich sługami po wieczne czasy. Na początek ma zająć się nie kim innym jak Vinem diPietro, który wg aniołów znalazł się na rozdrożu dróg, a od tego, jakie podejmie dalsze życiowe kroki zależy, czy skaże swą duszę na potępienie. Tylko w czym i w jaki sposób ma mu właściwie pomóc? Tego oczywiście mu nie mówią… Czy Jim podoła zadaniu? Czy uratuje Vina?

Muszę przyznać, że miałam dość wysokie oczekiwania względem tej powieści, zwłaszcza po tym, jak głośno i entuzjastycznie zapowiadano jej premierę. Oczekiwałam świetnej powieści fantastycznej, ale ku mojemu zdziwieniu otrzymałam coś zgoła innego. „Upadłe anioły. Misja” to nie tylko fantastyka, ale również powieść obyczajowa jak i kryminalna. Poznajemy bliżej pewną prostytutkę z „Żelaznej Maski”, która skrywa przed ludźmi swoją przeszłość. Tylko nieliczni wiedzą, kim tak naprawdę jest i dlaczego zamieszkała akurat w Caldwell. Na kartach powieści pojawia się także krążący po ulicach miasteczka nieuchwytny morderca, który za cel bierze sobie osoby w jakiś sposób powiązane ze wspomnianą kobietą. Tylko czemu? Czyżby przeszłość ją dogoniła i postanowiła się zemścić? Muszę przyznać, że połączenie tych trzech wątków wyszło autorce całkiem zgrabnie. A sam pomysł na fabułę jest również nie najgorszy. Co prawda początek mnie wynudził, ale na całe szczęście później jest już tylko lepiej. Spodobał mi się sposób, w jaki pani Ward przedstawiła anioły, bowiem zupełnie zaprzeczają one utartym wzorcom. Nie mają nad głowami aureoli, a z ich pleców nie wyrastają skrzydła. Daleko im również do świętości. Klną, piją, palą, biorą udział w bójkach… Co niektórych z pewnością taka wizja tych niebiańskich istot zaskoczy, ale to dobrze, bo choć raz są one bardziej podobne do ludzi, z krwi i kości. Jeśli zaś chodzi o resztę bohaterów, to każdy z nich skrywa przed innymi jakieś tajemnice, wśród których są nawet zdolności paranormalne!

Mimo tego, iż historia opowiedziana przez autorkę jest ciekawa, wielokrotnie miałam ochotę rzucić książkę w kąt i nigdy więcej do niej nie wracać. Podczas lektury zastanawiałam się, czy tekst powieści przeszedł aby korektę, bowiem jest w nim tyle błędów… że po prostu odechciewało mi się czytać. Nagminne literówki, przekręcanie imion bohaterów, błędy fleksyjne i składniowe. Normalnie ręce się załamywały jak natrafiałam na te wszystkie wpadki. Coś takiego skutecznie odbiera mi przyjemność z czytania i mocno rzutuje na końcową ocenę powieści.

Reasumując, jeśli pominiemy sprawę nieudolnej korekty oraz słabą okładkę, to „Upadłe anioły. Misja” są całkiem niezłą powieścią i dają początek dobrze zapowiadającej się serii. Połączenie kilku różnych gatunków literackich, ciekawa fabuła i różnorodni bohaterowie przemawiają na plus tej powieści. Gdyby poświęcono więcej czasu na jakoś wydania, wówczas uznałabym ją nawet za bardzo dobrą. A tak? Nie mogę dać więcej jak ocenę dobrą.

Moja ocena: 4/6

Tytuł oryginalny: Covet
Tłumaczenie: Zuzanna Załęska
Wydawnictwo: Videograf
Rok wydania: 2014
Seria: Upadłe anioły, tom 1
Oprawa: miękka
Liczba stron: 456
ISBN: 978-83-7835-022-4

Videograf

12 komentarzy

  • Katarzyna Chojecka-Jędrasiak Marzec 5, 2014 at 08:35

    Faktycznie osoba odpowiedzialna za korektę dała ciała… a okładka nijak się ma do treści. Pomijając jednak kwestię wydania, książkę wspominam przyjemnie 🙂

    Reply
    • Miłośniczka Książek Marzec 6, 2014 at 23:55

      Dokładnie tak. Jeśli pominąć te minusowe kwestie, to sama książka wypada całkiem nie źle 🙂

      Reply
  • Kiti Marzec 5, 2014 at 08:55

    Szkoda, że jest pełno literówek i błędów. To z pewnością bardzo utrudnia czytanie.

    Reply
    • Miłośniczka Książek Marzec 6, 2014 at 23:54

      Niesamowicie wręcz 🙁

      Reply
  • Niko Marzec 5, 2014 at 09:37

    Jestem wielką fanką ‚Bractwa..” także jestem ciekawa tej serii autorki. Może Ward rozkręci się w kolejnych tomach – tak było w jej wampirzej serii. Tam również pierwszy tom nie był na pewno najlepszy ze wszystkich. Bardzo lubię styl pisani autorki więc Upadłe Anioły to dla mnie pozycja obowiązkowa 🙂

    Reply
    • Miłośniczka Książek Marzec 6, 2014 at 23:55

      No niestety nie posiadam porównania, ale skoro twierdzisz, że w poprzedniej serii robiło się lepiej w miarę przybywania kolejnych tomów, to może i tutaj będzie podobnie 🙂

      Reply
  • monweg Marzec 5, 2014 at 10:03

    „Bractwo…” czeka u mnie na swoją kolej. I myślę, że z chęcią zapoznam się z tą pozycją.

    Reply
    • Miłośniczka Książek Marzec 6, 2014 at 23:56

      Zatem przyjemnej lektury 🙂

      Reply
  • Piotr Wysocki Marzec 5, 2014 at 12:10

    Błędy i literówki można jeszcze przełknąć, byle samo tłumaczenie było dobre. Okładka faktycznie tandetna 😉

    Reply
    • Miłośniczka Książek Marzec 6, 2014 at 23:56

      Tłumaczenie… wiesz, to już kwestia gustu i ewentualnej możliwości porównania do wersji oryginalnej.

      Reply
  • AnnieK Marzec 5, 2014 at 17:31

    Nie czytałam jeszcze nic tej autorki. Lubię poznawać nowych twórców, więc może się skuszę kiedyś na tę książkę.

    Reply
  • Irena Bujak Marzec 7, 2014 at 14:55

    Trochę mnie zniechęciłaś do niej, bo zła korekta wywołuje we mnie zgrzytanie zębami, szczególnie gdy jest bardzo zauważalna. No ale przeczytam 😉

    Reply

Leave a Comment