„Trzepotanie jego skrzydeł” – Paul Hoffman (recenzja 540)

„Człowiek walczący z potworami niechaj lepiej baczy, aby walka ta i jego nie zamieniła w potwora. Jeśli patrzysz w otchłań zbyt długo, otchłań odwzajemni twoje spojrzenie.”

Thomas Cale cierpi. To już nie ten sam wszechmocny młodzieniec, rzucający się bez zastanowienia w wir walki, pozbawiający na prawo i lewo życia ludzi, którzy ośmielili się stanąć na jego drodze. Dotarło do niego, że nie jest jedynie bezwzględną maszyną do zabijania, lewą ręką Boga, Aniołem Śmierci siejącym na ziemi strach i spustoszenie, wykonawcą boskiego planu mającego na celu sprowadzenie Apokalipsy. Poza nienawiścią i gniewem nosi w sobie zgoła inne uczucia. Do głosu doszło sumienie… a jego dusza zaczęła odczuwać skutki wyrządzonych krzywd. W zupełnej psychicznej rozsypce trafia do klasztoru na Cyprze, w którym przebywają ludzie chorzy na umyśle. Jego przypadkiem zajmuje się dość dziwna, momentami wręcz niepokojąca lekarka, która w niekonwencjonalny sposób stara się pomóc swemu pacjentowi. Tymczasem w ślad za nim zostają wysłani Trevorzy – najbardziej okrutni spośród wszystkich zabójców do wynajęcia. Przeszłość nie daje mu o sobie zapomnieć. Nadal bardzo osłabiony, walczący z demonami przeszłości Thomas nie ma wyjścia. Musi porzucić spokojną przystań i raz jeszcze wyruszyć na wojnę. Przyszedł czas, by stawić czoła znienawidzonemu papieżowi Bosco oraz jego armii odkupicieli. Tylko on, nikt inny, może zapobiec nadchodzącej Apokalipsie. Los wszystkich ludzi leży w rękach Anioła Zagłady…

„Z jakiegoś powodu ludzie ubierali Cale’a we wszystkie swoje lęki oraz nadzieje, bali się go, a zarazem wiązali z nim niedorzeczne oczekiwania, że ich ocali, i te dwa fakty splatały się ze sobą nierozdzielnie.”

Rozpoczynając swą przygodę z trylogią Paula Hoffmana o chłopcu sprzedanym w dzieciństwie przez swych rodziców i wychowanym przez okrutnych, pastwiących się nad nim odkupicieli, byłam pełna nadziei na to, iż będzie to niesamowita literacka podróż, pełna zwrotów akcji, spisków i tajemnic do odkrycia. Pierwszy tom pt „Lewa ręka Boga” okazał się być całkiem dobrym początkiem historii, sprawiającym wrażenie, że dalej będzie już tylko lepiej. Niestety kontynuacja okazała się być dość przeciętna. W „Aniele śmierci” za dużo było działań wojennych – opisów strategii, samych wojsk oraz przebiegu staczanych bitew. Wątek ten przytłoczył wszystkie inne, które stały się jedynie dalekim tłem dla poszczególnych walk. Z obawą, a nawet z niechęcią, sięgnęłam po finałową część trylogii – „Trzepotanie jego skrzydeł”. Powiedziałam jednak sobie, że skoro już zaczęłam swą przygodę z  Thomasem Cale’m, to wypadałoby ją poznać do końca. I tak też się stało, choć droga ku końcowi była bardziej niż męcząca. Dawno już nie poświęciłam tyle czasu na przeczytanie jednej książki. Nie chodzi tu bynajmniej o to, że powieść była nudna, bo tak nie jest. Na jej kartach dzieje się całkiem sporo. Rzecz tyczy się bardziej tego, jak została napisana. Autor za mocno wszystko rozciągnął, rozwlekł historię do granic możliwości, przegadał ją. Najbardziej widać to na pierwszych dwustu stronach. To, co się na nich znalazło dobrze czy źle dałoby się skrócić o połowę. Nie spodobało mi się również to, że Hoffman potraktował niektóre ze swoich postaci po macoszemu. Chodzi m.in o Kleista, jednego z dwojga chłopców, z którymi Thomas uciekł z Sanktuarium. Tak jak w poprzednim tomie poświęcono mu sporo uwagi, tak tutaj bohater ten ginie pomiędzy innymi, nawet tymi o wiele mniej od niego znaczącymi. Przemyka gdzieś w tle, momentami ledwo zauważalnie, a czasami przez bardzo długi czas w ogóle nic o nim nie słychać. Szkoda, naprawdę. Przywiązałam się do całej trójki byłych akolitów i chciałam w równym stopniu poznać dalsze losy każdego z nich. I o ile w przypadku Thomasa czy Mętnego Henriego było mi to dane, tak już Kleista nie.

„W gruncie rzeczy jednak Cale był tylko chłopcem i ani teraz, ani nigdy przedtem nie miał pojęcia, dokąd zmierza.”

Jednym z głównych celów Paula Hoffmana podczas pracy nad trylogią „Lewa ręka Boga” było pokazanie tego, jak wielki wpływ na życie każdego z nas ma to jak zostaliśmy wychowani. Jego historia miała być po części odpowiedzią na pytanie „w jaki sposób ludzie wychowani w zamknięciu, w tak wyjątkowo niesprzyjających warunkach, radzą sobie potem w świecie skrajnie odmiennym od tego, co znali, i to niemal pod każdym względem?.” Pragnął także przedstawić czytelnikom naturę chaosu i rolę, jaką odgrywa on w naszym życiu. W jego mniemaniu „wszyscy żyjemy w jednej, wielkiej, nadmiernie rozrośniętej powieści fantastycznej.” Pisząc historię Thomasa Cale’a bazował na własnych doświadczeniach, tym, z czym zetknął się osobiście. W dzieciństwie doświadczył biedy. Znalazł się w szkole prowadzonej przez księży, którzy na wiele sobie pozwalali w stosunku do swoich wychowanków: „Nieraz księża całymi miesiącami traktowali nas w całkiem cywilizowany sposób, aż nagle bez żadnego ostrzeżenia potrafili bezlitośnie pobić któregoś z nas za drobne przewinienie. Dodajcie do tego nieustanne psychiczne znęcanie się, okropne jedzenie, zimno i całkowity brak prywatności (…)”. Dokładnie to samo spotkało jego głównego bohatera odkąd przekroczył mury Sanktuarium. Cała historia jest jednakże napisana dość dziwnie. Hoffman wspomina, że jego czytelnicy wielokrotnie zwracali mu uwagę na to, iż jego „świat trylogii jest dziwacznym połączeniem średniowiecza i dziewiętnastego wieku z przebłyskującą tu i ówdzie nowoczesnością.” I tak jest w istocie. Ta nietypowa mieszanka czasów i rozgrywających się w nich wydarzeń być może niektórych zachwyci, mnie bynajmniej jedynie irytowała. Nie lubię takiej niekonsekwencji. Dla mnie w powieści wszystko musi do siebie pasować, stanowić jakąś spójną i logiczną całość, jak to mówią – mieć ręce i nogi. A tego tu niestety nie ma. Zaskakujące jest również położenie geograficzne niektórych znanych nam miast, co również wprowadza pewien chaos – osobiście nie mogłam się odnaleźć na mapie świata, bo nic mi się nie zgadzało, nie pasowało. Powieść fantastyczna ma jednak to do siebie, że autorzy mogą w niej dowolnie kreować swoje światy i tak też jest w przypadku trylogii Hoffmana.

„Rozmyślał jednak także, a nawet spierał się sam ze sobą na temat tego, co wiedział w głębi duszy: że świat jest jak potok pełen zawirowań, zdradliwych prądów i plątaniny niewidocznych wodorostów i że dokądkolwiek zdążasz, woda zawsze przecieka ci przez palce.”

Czy dziś, mając za sobą lekturę wszystkich części trylogii „Lewa ręka Boga”, sięgnęłabym po nią ponownie? Szczerze mówiąc… nie wiem. Z jednej strony historia Thomasa Cale’a jest ciekawa i to nawet bardzo. Z całą pewnością warto ją poznać. Właśnie ze względu na głównego bohatera, który jest dość nietypowy, zupełnie inny od wszystkich mi znanych. Patrząc jednak na to, w jaki sposób została ona napisana i ile czasu zmuszona byłam poświęcić na lekturę, musiałabym się mocno zastanowić, czy tego aby chcę – ponownie przez to przechodzić, momentami bardzo się męcząc. Zaiste ciężki orzech do zgryzienia…

Moja ocena: 3/6

Tytuł oryginalny: The Beating of his Wings
Tłumaczenie: Izabela Matuszewska
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2014
Trylogia: Lewa ręka Boga, tom 3
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 560
ISBN: 978-83-7885-945-1

Albatros

0Shares