„Stara Słaboniowa i spiekładuchy” – Joanna Łańcucka

„Stara Słaboniowa i spiekładuchy” Joanny Łańcuckiej to jedna z tych powieści, która chodziła za mną od dawna, a jakoś nie składało się, by po nią sięgnąć. Trzy lata minąć musiały od dnia jej premiery na naszym rynku, by dane mi było zatopić się w lekturze debiutanckiego dzieła autorki. Stare wierzenia, bajania, zabobony, wszelkie mitologie – to moje klimaty. Nic więc dziwnego, że miałam spore oczekiwania względem tej powieści – zwłaszcza że stosunkowo niewielu rodzimych pisarzy podejmuje się podobnej tematyki, przez co Joanna Łańcucka miała spore pole do popisu.

Rzecz dzieje się w jednej z niewielkich wsi na wschodzie Polski – Capówce, pod Chmielowem. To właśnie tam mieszka główna bohaterka powieści – Teofila, z męża Słaboń, na którą i tak wszyscy wołają Słaboniowa.

„Mówiło się we wsi, że to wiedźma, że potrafi urok rzucić na panienkę, żeby powodzenia u chłopców nie miała, że lata w nocy pod postacią sowy, że do kościoła tylko od wielkiego dzwonu chodzi, że nie wiadomo, ile właściwie ona ma lat, bo jedni gadali że sześćdziesiąt, a inni, że coś koło setki i że w ogóle licho ją tam wie.”

I choć wiele razy bywała na językach u mieszkańców wioski, to jednak ci, kiedy co złego i dziwnego się u nich dzieje, po radę do Słaboniowej się udają. A choć stara, reumatyzm ją coraz bardziej łamie i nie zawsze jej się chce, to jednak nie jedno w swoim życiu widziała i nie jednemu złu czoło stawiła, więc kiedy tylko może stara się pomóc tym, którzy tego potrzebują.

Ludzie różnie gadajo – powiedziała Słaboniowa. – Niby w zabobony tera już wierzyć nie idzie, ale jak przyjdzie co do czego, to ratunku i u starej baby poszukajo. Ja już nie takie rzeczy widziała. Czasem tak sobie dumam, że ja do innego świata zwyczajna. Jak ja była młoda, to zmory, strzygi i upiory żyły pospołu z nami na tym świecie i nikomu to dziwne nie było. Tera inaczej je…”

A trzeba przyznać, że stara Słaboniowa będzie miała pełne ręce roboty… A to trzeba będzie odegnać Kozieła, który po duszę nienarodzonego dziecka przyjdzie. A to uratować młodą dziewczynę przed niechybną śmiercią na mokradłach za sprawą dziecka o twarzy starca. A to ułaskawić Kikimorę, która uwieźmie się na pewne niemowlę. A to poznać historię jednej Południcy… Spotka też wiedźmę, Zmorę, a nawet strzygonia. W Zaduszki wspominać będzie przeszłość rozprawiając o niej z trzema duszami, które spokoju zaznać nie mogą. Podążać będzie śladami voodoo, weźmie udział w najprawdziwszych egzorcyzmach, a któregoś razu napotka na swej drodze… Śmierć.

Ale co począć, kiedy tylko ona się ostała… Jak Zło na świat przychodzi, to ktoś musi stawiać mu czoło.

„Dość mnie już tych spiekładuchów, tych popaprańców, co z ludzkiej głupoty i złości na nasz padół przychodzo i niecnotę czynio. Ale bo to już ni ma komu złego odganiać, ludzie tera uczone, w zabobony, jak to gadajo, nie wierzo. Już ino ja jedna została, co się zna na piekielnych sztuczkach. Trza robić, póki sił starczy. Mus je (…).”

Powiedzieć, iż powieść Joanny Łańcuckiej jest niesamowita, to za mało. Tu dawne przesądy, gusła, bajania, babcine opowieści stają jako żywe i wciągają czytelnika w fantastyczny świat starych wierzeń, w których nadprzyrodzone istoty rodem ze słowiańskich mitologii zdają się być tak rzeczywiste, jak wszystko co nas na co dzień otacza.

Niesamowita jest również główna bohaterka – Słaboniowa. Choć pozornie wydaje się być zwykłą, wiejską babą, co to w chustce na głowie biega, w starym kubraku zarzuconym na chudych plecach i w długiej kierei, nogi mając obute w stare gumiaki, to daleko jej do niej. Żyje na uboczu, starając się nikomu nie wadzić. W kościele to jej od dawna nie widzieli – co w typowej wiejskiej społeczności czasów, w których rozgrywają się wydarzenia opisane w powieści, byłoby rzeczą nie do przyjęcia. Nie jest miłą i przyjazną staruszką – wręcz przeciwnie! Potrafi się zbuntować, wygarnąć komu trzeba, a nawet z widłami pójść, gdy zajdzie ku temu potrzeba. Czasami się obrazi, innym razem okaże się gburowata. I mimo tych wszystkich, zdawałoby się, negatywnych cech charakteru jest postacią, której po prostu nie sposób nie obdarzyć sympatią.

Śledząc losy głównej bohaterki jesteśmy świadkami nie tylko kolejnych jej spotkań z tytułowymi spiekładuchami, ale też zmian zachodzących na przestrzeni kilkudziesięciu lat –  i to nie tylko w otaczającej ją przyrodzie i w pobliskich gospodarstwach, ale też tych technologicznych oraz politycznych. Słaboniowa nie boi się mówić otwarcie, co o nich sądzi i choć nie zawsze się ze wszystkim zgadza, musi, tak jak i inni z resztą, poddać się im i w miarę możliwości za nimi podążać – co nie zawsze jest dla niej proste. Czyni przy tym wiele cennych uwag dotyczących życia i nas samych, z którymi nie sposób się nie zgodzić.

„Ja swoje lata mam. (…) Wy młodzi myślicie, że jak stara, to głupia, na nowoczesnym życiu się nie zna. Ale powiem ci, Anecia, jedno: że ludzie zawsze tacy sami. (…) w prawdziwym życiu sprawiedliwości nijakiej ni ma. Kto konusem rodzi się, ten do śmierci konusem pozostanie. Kto głupi rodzi się, ten głupi zemrze. Każdemu inny los przypisany, a własnego losu trza się pilnować.”

Zakończenie powieści sprawiło, że mimo woli łezka w oku mi się zakręciła. Bo choć pod wieloma względami jest ono smutne, to nie mogło być innego. Pewne rzeczy się bowiem kończą i odchodzą w zapomnienie. Nastaje nowe… Tak być musi, choć czasami przyprawia to człowieka o melancholijny nastrój. Niestety takie jest nasze życie.

Odchodząc jednak od ponurego wydźwięku ostatniego akapitu i podsumowując całość – koniecznie sięgnąć musicie po „Starą Słaboniową i spiekładuchy”. Prześwietna powieść, po którą sięgnąć powinni nie tylko miłośnicy fantastyki jako takiej, ale wszyscy poszukujący historii zainspirowanych starymi, słowiańskimi wierzeniami. Na kartach tej książki ożywają one na nowo, zaś jej autorka udowadnia, że nie potrzeba wcale wampirów, wilkołaków, elfów, krasnoludów i innych znanych czytelnikom nadnaturalnych istot, by napisać bardzo dobrą powieść z gatunku fantastyki, która dostarcza pełnej satysfakcji z lektury i do której z przyjemnością nie raz powróci się w przyszłości.

Moja ocena: 6/6

Wydawnictwo: Oficynka
Rok wydania: 2013
Oprawa: miękka
Liczba stron: 448
ISBN: 978-83-62465-71-2

2 komentarze

  • vampireheart Grudzień 27, 2016 at 20:15

    Muszę sobie koniecznie sprawić tę książkę. Nawet mam pomysł, aby kupić ją na prezent znajomemu, który ma bzika na punkcie języka i wschodniej Europy, a znaczna część jego rodziny mieszka właśnie we wschodniej Polsce 😉

    Reply
    • Sylwia Węgielewska Grudzień 27, 2016 at 23:04

      Cieszę się, że udało mi się Cię zainteresować tym tytułem ^_^ A skoro znajomy ma takiego bzika, jak mówisz, to ta książka będzie idealnym prezentem 😀

      Reply

Leave a Comment