Recenzja: „Maminsynek” – Natasza Socha

Natasza Socha – dziennikarka, felietonistka, współautorka bloga chilifiga.pl, który prowadzi wspólnie z Moniką Paluszkiewicz, w końcu pisarka. Zadebiutowała książką pt „Macocha”, która nie tylko podbiła serca wielu czytelników, ale też doczekała się całkiem niedawno wznowienia dzięki wydawnictwu Filia. W jej literackim dorobku znalazły się też m.in: „Ketchup”, „Zbuki” oraz e-book „Nasza klasa”. Jednak żadna z tych powieści nie miała dotąd szansy trafić w me ręce. Udało się to natomiast „Maminsynkowi”, najmłodszemu literackiemu dziecku Sochy, i to tylko dzięki temu, że przekonały mnie do niej zapewnienia zamieszczone na okładce, iż oto otrzymuję powieść nie tylko arcyzabawną, która zagwarantuje mi uśmiech na twarzy przez kilka dobrych godzin, ale też zaskoczy mnie swym zakończeniem.

I faktycznie, jeśli spojrzeć na zarys fabuły, to wydawał się on naprawdę zabawny i interesujący. Oto bowiem jest ON – Leander, lat 38, szef dobrze prosperującego biura nieruchomości, przystojny, wrażliwy, inteligentny, dobrze wychowany, prawdziwy dżentelmen. Wydawać by się mogło – facet idealny, o którym nocami śni nie jedna kobieta. A jeśli już przy nich jesteśmy, to jest i ONA – Amelia, lat 34, wspólnie z przyjaciółką prowadząca firmę związaną z hodowlą warzyw, kwiatów i innych roślin, projektująca ogrody na dachach. Dotąd nie miała zbytniego szczęścia w miłości, kiedy więc los postawił na jej drodze Leandra, postanowiła uczynić wszystko, aby ON zechciał spędzić z nią resztę swego życia. Nie przewidziała tylko jednego – że ON ma narośl w postaci MATKI, która nie zamierza oddać swojego ukochanego syneczka żadnej obcej babie, a ON sam stawia ją na piedestale i jest największym maminsynkiem na świecie, biegnącym do mamusi na każde jej wezwanie – choćby tylko po to, by razem z nią obserwować osowiałego, ponad czterdziestoletniego… KOTA.

„Jesteście skażone genem nadopiekuńczości. Nic dziwnego, że współcześni faceci śpią z pluszowymi misiami, nawet jeśli tylko mentalnymi.”

Jeśli natomiast wnikniemy głębiej w tę historię, to przekonamy się, że pod wszechobecnym humorem, którym wręcz ociekają stronice tej książki, skrywa się opowieść o zawiłych relacjach damsko-męskich, a zwłaszcza o tym, do czego doprowadzić może matczyna nadopiekuńczość i nadmiar miłości. Śmieszne wydawać się nam może, że prawie czterdziestoletni facet nadal mieszka z mamusią, leci do niej na złamanie karku na każde jej zawołanie, nie podejmuje żadnej decyzji bez jej akceptacji; że zgodzić się ona musi nawet na to, by… zaczął uprawiać seks. Ale kiedy odrzucimy żarty na bok, to nagle zaczynamy rozumieć, jak bardzo ta kobieta go skrzywdziła uzależniając go od siebie i jej uczuć. To ona doprowadziła do tego, że dorosły mężczyzna żyje w nierealnym świecie i ma zachwianą męską tożsamość.

„Że też wszystkie kobiety od razu czepiają się Matki, w ogóle nie zakładając, że to one same często są winne. Nie lubiłem histerii u kobiet. Ani tym bardziej bezpodstawnych zarzutów i chorych urojeń, z którymi się rodzą. Kobiety są jak psy myśliwskie. Ciągle węszą, poszukują, w końcu łapią jakiś trop i tak długo za nim podążają, aż rzeczywiście coś w końcu wygrzebią. Tyle że najczęściej jest to padlina. Niewarta tego całego zamieszania.”

Z drugiej strony autorka wyraźnie zwraca nam uwagę, że winę za tę sytuację w dużej mierze ponosi społeczna akceptacja dla pokolenia maminsynków.

„Wychowywany byłem w poczuciu miłości i bezpieczeństwa. A wszystkie moje życzenia spełniały się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.”

„- (…) utrudniacie nam przemianę w prawdziwego mężczyznę. We wszystkim nas wyręczacie. Ja już nie mówię o rynku pracy, ja mówię o tym, co się dzieje w domach. Mieszkam z mamą, bo nikt nie wymaga ode mnie usamodzielnienia się. Nie wymagają tego rodzice, a potem wy.
– My?
– No, wy, kobiety. Wszystko robicie za nas, bo tak jest lepiej, szybciej i dokładniej. Od czasu do czasu macie zryw w stylu „na ciebie w ogóle nie można liczyć”, a potem wracacie do tradycyjnego modelu „pozwól, że ja to załatwię”. To po co my mamy dorastać?”

Ale nie tylko…

„Za toksyczne relacje syn – matka często winę ponoszą ojcowie, którzy albo odeszli, albo nie wystarczająco zajmowali się dzieckiem, albo byli oschli i surowi. Ich zachowanie spowodowało, że mały chłopiec zaczął przelewać wszystkie uczucia na matkę i u niej szukać odpowiedzi na pytanie, jak żyć. Z drugiej strony również opuszczone przez mężów kobiety nie są bez winy. Często chwytają się kurczowo jedynego mężczyzny w domu (syna) i obdarzają go obsesyjnym wręcz uczuciem. Tak rodzi się syndrom nigdy nie dojrzewającego chłopca i matki – kwoki.”

I coś w tym faktycznie jest. Ojciec Leandra odszedł z ich Domu krótko po jego narodzinach, ale przyznać mu trzeba, że miał ku temu powody…

Godna podziwu byłam dla Amelii. Ja rozumiem, że miłość uskrzydla i sprawia, że przenosić możemy przysłowiowe góry. Jednakże cierpliwość tej dziewczyny wystawiana jest w powieści tyle razy na próbę, że nie jedna kobieta poddałaby się już na samym starcie, a jeśli nie od razu, to kilka metrów dalej. Kopnęła by takiego faceta w cztery litery, wygarnęła co myśli jego mamuśce i powiedziała obojgu arrivederci. Ale nie Amelia! Ona zaciska zęby, przykleja sztuczny uśmiech na twarz i raz za razem stawia czoła MATCE. Tylko czy jej upór w dążeniu do celu przyniesie oczekiwany skutek? Czy istnieje choć cień szansy na odklejenie Leandra od jego mamusi?

„Maminsynek” to nie komedia. Nie ma w niej nic śmiesznego, a tym bardziej arcyzabawnego. No chyba, że ktoś czyta bez zrozumienia i nie zauważy, o czym tak naprawdę pisze autorka, to wówczas wydawać się mu będzie, że oto otrzymał wesołą historyjkę, która niejednokrotnie rozśmieszy go do łez i która będzie dla niego źródłem czystej rozrywki. Bardziej wnikliwy czytelnik od razu zauważy, że pod tym całym złudnym humorem Natarza Socha pisze o prawdziwym życiu, o trudach budowania prawidłowych relacji międzyludzkich i o tym, jak zgubny wpływ na człowieka może mieć nadmiar miłości. To lektura ku przestrodze. Powinny po nią sięgnąć wszystkie przyszłe matki, które uważają siebie za odpowiedzialne osoby i które pragną dla swoich przyszłych synów, by ci wyrośli na prawdziwych mężczyzn potrafiących zbudować zdrowy związek z kobietą i stali się wzorcem dla swych własnych dzieci.

Moja ocena: 5/6

Maminsynek [Natasza  Socha]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2015
Oprawa: miękka
Liczba stron: 384
ISBN: 978-83-7988-377-6

14 Replies to “Recenzja: „Maminsynek” – Natasza Socha”

  1. Mam ochotę na tę książkę od pewnego czasu, bo zbiera same pozytywne oceny. Twoja recenzja jest kolejną pochlebną, więc tym bardziej chcę sięgnąć po „Maminsynka” 🙂

    1. Sama też częściej sięgam po książki zagranicznych autorów, ale wiem z autopsji, że warto sięgać po rodzime dzieła – w tym z pewnością po Sochę, a przynajmniej jej „Maminsynka”, bo reszty jeszcze nie czytałam 🙂

    1. Tak, zmieniony. Poprzedni, mimo że tak go sobie chwaliłam i byłam pewna, że zostanie na długo, zaczął coś szwankować. Nie mogłam powrócić do widoku z jednym wpisem jeden pod drugim (jedynie po dwa w rzędzie) oraz lista numerowania się popsuła (wyświetlało od 1-9 normalnie, a potem 0 i znów 1-9).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *