“Park Marconiego” – Åke Edwardson (recenzja 556)

Kim są mordercy? Co tak naprawdę ich determinuje? Dlaczego niektórzy z nas gotowi są przekroczyć granicę posuwając się do ostateczności odbierając komuś innemu to, co dla każdego z nas jest najważniejsze i najcenniejsze – życie? Czy w każdym z nas kryje się zabójca, który tylko czeka na swój czas? Czy też trzeba mieć ku temu jakieś szczególne predyspozycje? Czasem zabijamy pod wpływem impulsu, chwilowej niepoczytalności. Innym razem jest to zwieńczenie długoterminowych planów np w akcie zemsty za niegdyś doznane krzywdy…

A jak było w przypadku seryjnego mordercy z Goteborga? Dlaczego jego ofiary zginęły niedaleko miejsca swego zamieszkania? Czemu obnażono ich genitalia? I co oznaczają pozostawione przy ich ciałach kartoniki z namalowanymi literami alfabetu? Czyżby jakieś przesłanie? Wskazówka? Czy jeszcze coś innego? Śledztwo jest niesłychanie trudne. Na jego czele stoi komisarz policji kryminalnej Erik Winter, który przez ostatnie dwa lata przebywał na urlopie z powodu przeżytej traumy. I choć jeszcze nie do końca się pozbierał, nie zwalczył targających nim demonów, wraz z zespołem lojalnych mu ludzi będzie się starał krok po kroku poukładać elementy zagadki, która być może doprowadzi go do mordercy oraz poznania motywów, którymi kieruje się wybierając swe kolejne ofiary.

Åke Edwardson uważany jest za jednego z najwyżej cenionych i najchętniej czytanych szwedzkich autorów. Od dawna miałam chęć sięgnięcia po którąś z jego książek, przekonania się, czy faktycznie zasługuje na tak zaszczytne miano i uznanie czytelników na całym świecie. W końcu przyszedł dzień, w którym w me ręce wpadła powieść “Park Marconiego” będąca już dwunastym tomem cieszącej się spora popularnością serii kryminalnej z komisarzem Erikiem Winterem na czele. Z uwagi na osiągnięcia autora oraz pochwalne peany na temat jego twórczości, postawiłam jego dziełu wysoko poprzeczkę. A już zwłaszcza po ujrzeniu na okładce rekomendacji, iż “Pisarstwo Åkego Edwardsonona to kryminalna Liga Mistrzów” oraz że “Park Marconiego to jedna z najlepszych powieści kryminalnych ostatnich lat.” Być może tym, którzy w ten sposób wypowiedzieli się na temat tej książki, faktycznie się ona spodobała. Do mnie jednak zupełnie nie trafiła. To nie ta bajka, zły adres. Od porządnego kryminału oczekuję tego, iż wciągnie mnie on w wir wydarzeń już od pierwszych stron, że zawładnie mną całkowicie, że będzie trzymał mnie w stale rosnącym napięciu i powodował skoki adrenaliny podczas lektury. Do tego powinien mieć wyrazistego głównego bohatera, najlepiej twardego glinę, który nie da sobie w kaszę dmuchać i będzie parł po trupach do chwili, aż dorwie mordercę, z którym bezceremonialnie się rozprawi. Niestety żadnego z tych elementów nie uświadczyłam w “Parku Marconiego”. Historia się wlecze, niemiłosiernie dłuży i zanudza na śmierć. Nie raz i nie dwa podczas lektury poleciały mi oczy. Czy tak powinno być, kiedy ma się w rękach kryminał? KRYMINAŁ!! Usypiać to ja mogę podczas studiowania jakiegoś nudnego podręcznika pełnego zawiłych sformułowań, ale na Boga nie przy kryminale!! I do tego ten beznadziejny główny bohater. Nie czytałam poprzednich części serii, nie wiem więc, jak uprzednio on wypadał. Wypowiadać się mogę jedynie na podstawie tego, co zaserwowano mi w obecnym tomie. A tu niestety Erik Winter okazał się być miałkim, mało interesującym bohaterem, do tego alkoholikiem, który stale odlicza, na ile palców tym razem nalał sobie do szklaneczki wody ognistej. I tak, jak nie spodobał mi się jako glina, tak samo nie przypadł mi do gustu jako mąż i ojciec rodziny. Niezdecydowany, niby czegoś chce, a za chwile rezygnuje z obranych planów, po czym znów do nich powraca i tak w kółko. Jego rozmowy z żoną doprowadzały mnie do szału, jeszcze bardziej sprawiały, że czytaną książkę miałam ochotę rzucić w najciemniejszy kąt i więcej do niej nie wracać. Łudziłam się jednak, że kolejne stronice ruszą akcję, że w końcu historia nabierze tempa i rumieńców. Czytałam i czekałam. Niestety nadaremno, bowiem do samego końca nic się nie zmieniło. Zawiodłam się i to bardzo. Tak jak niegdyś chciałam poznać twórczość Åkego Edwardsona, tak teraz zastanawiam się, czy kiedykolwiek jeszcze zdecyduję się sięgnąć po jego powieści. Szkoda, naprawdę szkoda. Zmarnowany czas, którego nikt mi nie zwróci.

Moja ocena: 2/6

Park Marconiego [Ake Edwardson] - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

Tytuł oryginalny: Marconi Park
Tłumaczenie: Inga Sawicka
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2014
Seria: Komisarz Erik Winter, tom 12
Oprawa: miękka
Liczba stron: 352
ISBN: 978-83-7554-858-7

0Shares

16 Replies to ““Park Marconiego” – Åke Edwardson (recenzja 556)”

  1. Też czytałam dość sporo o tym autorze, ale jakoś nie sięgnęłam po żadną jego powieść. Widzę, że dobrze zrobiłam, bowiem nie lubię przysypiać w trakcie lektury kryminału.

  2. Kryminały skandynawskie mają swój niepowtarzalny klimat – tajemniczy, mroczny, nieco surowy. Chętnie po nie sięgam, zatem szkoda, że akurat ta pozycja do dobrych się nie zalicza – bo już miałam cichą nadzieję na coś nowego… ;).

  3. Szalenie frustrująca recenzja… Książka wydaje się interesująca – jak większość skandynawskich kryminałów, a tu proszę! Niespodzianka, a raczej – rozczarowanie. Jedna wielka nuda. Szkoda.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *