„Lek na śmierć” – James Dashner (recenzja 489)

Po tym, jak Thomasowi oraz jego przyjaciołom udało się ujść z życiem z miejsca zwanego bezpieczną przystanią, gdzie zmuszeni byli stoczyć nierówną walkę z okrutnymi monstrami, chłopak został umieszczony w odizolowanym pomieszczeniu. Choć świadom jest upływającego czasu, nie jest do końca pewny, od jak dawna pozostaje w zamknięciu. W ocenie sytuacji skutecznie przeszkadza mu fakt, że nigdy nie gasną światła, przez co stracił zupełnie orientację odnośnie tego, czy teraz jest dzień czy też może noc. W końcu któregoś dnia pojawia się u niego człowiek, któremu swego czasu nadali pseudonim Szczurowaty. Oznajmia on Thomasowi, że oto nadszedł koniec Prób i że za chwileczkę dołączy do swoich przyjaciół oraz pozostałej reszty Streferów, którzy pomyślnie przeszli testy. Ujrzenie ich żywymi jest prawdziwą ulgą dla głównego bohatera. Ku zdziwieniu wszystkich Szczurowaty oznajmia, że oto nadszedł czas, aby poddać ich zabiegowi, po którym odzyskają swoje wspomnienia. Koniec kłamstw, koniec Prób. Teraz wspólnie postarają się, mając do dyspozycji zebrane w trakcie testów wyniki badań, opracować skuteczny lek na Pożogę i zapobiec zagładzie gatunku ludzkiego. Większość zebranych gotowa jest współpracować z przedstawicielami DRESZCZu, jednak Thomas nie może pozbyć się wrażenia, że to jeszcze nie koniec, że po raz kolejny będą oszukani i że najgorsze dopiero przed nimi. W obliczu tego, co zmuszony był przejść w Labiryncie i na Pogorzelisku, a także dzięki fragmentom wspomnień z jego przeszłości, trudno mu uwierzyć teraz w to, co mówi Szczurowaty, a także w słowa, które nie tak dawno temu powiedziała do niego Teresa – „DRESZCZ jest dobry”. Gdzie leży prawda? Czy lek na śmierć faktycznie istnieje?

Minął przeszło rok nim dane mi było poznać zakończenie trylogii „Więzień Labiryntu” autorstwa James’a Dashnera. Mimo tego, iż tak długo zmuszona byłam czekać na tę chwilę, wydarzenia z poprzedniego tomu („Próby ognia”) pamiętam jak żywe, zupełnie jakbym skończyła czytać tę książkę zaledwie kilka dni temu. Podobnie rzecz ma się odnośnie samego początku trylogii, pierwszej części „Więzień Labiryntu”. Dashner stworzył zarówno całą historię jak i poszczególnych jej bohaterów w taki sposób, że niemożliwością byłoby o nich zapomnieć. Zaś „Lek na śmierć” jest idealnym zwieńczeniem całości. Zupełnie w niczym nie odbiega od poprzednich części. Jest równie świetny co poprzednie dwa tomy. Czyta się go doskonale, z zapartym tchem, wypiekami na twarzy i nerwami na postronkach. Dashner doskonale dawkuje napięcie. Tu nie ma mowy o nudzie. Autor nie daje Czytelnikowi ani chwili wytchnienia. Stale coś się dzieje i co rusz następują nagłe zwroty akcji, przez co nie ma się pojęcia, co też wydarzy się za chwilę. Raz wszystko zaczyna zmierzać w dobrym kierunku, by za moment świat zaczął walić się na głowę bohaterom. W jednym momencie cieszymy się z ich sukcesów, by znów płakać wraz z nimi nad utratą kogoś, na kim bardzo im zależało. Istny rollercoaster! Huśtawka emocjonalna gwarantowana. Uwielbiam pisane w ten sposób historie. Nieprzewidywalne. Niesztampowe. Wyjątkowe pod każdym względem. Do tego osadzone w świecie, w którym ludzkości grozi autentyczna zagłada; gdzie najgorsze w tym wszystkim jest to, że do takiego stanu rzeczy przyczynił się sam człowiek. Nietuzinkowi bohaterowie to zdecydowanie jeden z głównych atutów tej trylogii. Thomas, Minho, Newt, Teresa… Niezapomniani i jedyni w swoim rodzaju. Trylogia Dashnera to opowieść o wielkiej przyjaźni i zaufaniu, rodzących się uczuciach, bezgranicznym poświęceniu i lojalności względem bliskich, ogromnym cierpieniu zarówno fizycznym jak i psychicznym, trudnych, wręcz niewyobrażalnych wyborach, które zmuszeni byli podejmować bohaterowie powieści, aby móc przeżyć samemu bądź dopomóc innym. Trylogia „Więzień Labiryntu” już za mną, jednak moja przygoda z tą historią na tym się nie kończy. Już tej jesieni na ekrany kin wchodzi ekranizacja pierwszego tomu w reżyserii Wessa Balla, a ja nie mogę doczekać się dnia jej premiery. Jeśli nadal nie mieliście okazji zapoznać się z tą epicką historią, jaką oddał w ręce Czytelników James Dashner, czym prędzej nadróbcie zaległości. Nie będziecie zawiedzeni. Obok tej trylogii naprawdę nie można przejść obojętnie. Zapamiętajcie, proszę, moje słowa.

Moja ocena: 6/6

Tytuł oryginalny: The Death Cure
Tłumaczenie: Agnieszka Hałas
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok wydania: 2014
Trylogia: Więzień Labiryntu, tom 3
Oprawa: miękka
Liczba stron: 388
ISBN: 978-83-61386-40-7

18 Replies to “„Lek na śmierć” – James Dashner (recenzja 489)”

  1. Samą nazwę „Więzień labiryntu” kojarzę, ale tylko i wyłącznie to. To co napisałaś o tej trylogii brzmi bardzo zachęcająco. Te książki wydają mi się niesamowite. I z tego co widzę mają świetne okładki. Są bardzo chaotyczne, ale zarazem mają taki spokój w sobie. Przynajmniej takie są moje odczucia. Jednak książki się nie ocenia po okładce. Gdy kiedyś przeczyta, to sama stwierdzę, czy książki są tak samo dobre jak okładki 🙂
    Pozdrawiam 😉

  2. Bardzo dobra recenzja. W czwartek zamówiłam całą trylogię, i nie mogę się doczekać, kiedy paczka trafi w moje ręce. O tej trylogii dowiedziałam się rok temu dzięki pewnej stronie na Facebooku. Jestem fanką takich książek, więc na pewno pokocham tą trylogię od pierwszego przeczytania 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *