„Dzień, w którym umarłam” – Belen Martinez Sanchez (recenzja 553)

Diletta Mair od zawsze była inna niż reszta jej rówieśników. Nie tylko ze względu na heterochromię, wadę genetyczną wywołującą różnobarwność tęczówek, ale głównie z powodu pewnego daru – choć ona uznaje go za przekleństwo. Od dziecka jest wrażliwa na obecność bytów niematerialnych. Nie tylko je widzi, ale również czuje i słyszy. Na co dzień zmuszona jest się pilnować, aby niczym nie zdradzić się przed bliskimi jej osobami, a także samymi duchami, które stają się dość nieprzyjemne, jeśli zauważą, iż żywa osoba potrafi je dostrzec. Do tej pory świetnie jej się to udawało, ale pewnego dnia wydarzyło się coś, co zapoczątkowało lawinę zdarzeń prowadzących do zaskakującego finału. Diletta umiera, lecz zamiast zaznać obiecanego wiecznego spoczynku, trafia do Panteonu będącego siedzibą demonów jako jedna z nich. Odtąd nic nie jest takie, jakie być powinno. Anioły, te cudowne, nieskalane istoty mające chronić ludzkość przed zakusami Szatana, okazują się być bezlitosne i brutalne, a spotkanie z nimi niechybnie kończy się śmiercią, tą ostateczną, prowadzącą do tego, że jedyne, co czeka człowieka w „niebie” to nicość, niebyt… Tymczasem Diabeł i jego dziatwa nie są takie straszne jak je malują. Tu przynajmniej można liczyć na drugą szansę, kolejne życie – jakie by ono nie było. Tylko czy Diletta odnajdzie się w tym nowym, jakże obcym dla niej świecie?

„Dzień, w którym umarłam” to debiut literacki Belen Martinez Sanchez, młodziutkiej hiszpańskiej pisarki, laureatki konkursu literackiego na najlepszą powieść młodzieżową. Jej głównymi bohaterami są wspomniana już Diletta oraz Alois Petersen, kolega z jej klasy, którego dziewczyna niezbyt lubi. Jest on bowiem arogancki, złośliwy, impertynencki, egoistyczny, bufonowaty, uważający siebie za lepszego od innych. Jednak przy wszystkich jego wadach nie da się zaprzeczyć, iż odznacza się prawdziwym geniuszem niespotykanym u większości ludzi. To właśnie losy tych dwojga śledzimy w powieści. Przewrotny los doprowadził do tego, że tych dwoje, zupełnie wbrew sobie, zostało ze sobą związanych. Jak łatwo można się domyślić, gdyż jest to typowy motyw współczesnych młodzieżówek, pomiędzy nimi powoli zaczyna kiełkować cieplejsze uczucie. Oboje jednak zupełnie nie rozumieją, co się z nimi dzieje (co dla mnie osobiście było zupełnie niezrozumiałe, wręcz absurdalne). Nie potrafią, wręcz nie chcą, ani nazwać, ani też przyznać się do targających nimi emocji (przez co niejednokrotnie ich zachowanie bardzo mnie irytowało). Ów wątek miłosny stanowi podwalinę dla całej historii opowiedzianej przez autorkę

Drugim motywem powieści jest odwieczna walka pomiędzy Aniołami i demonami, które tutaj noszą miano Lilim – od imienia pierwszej żony Adama, Lilith. Muszę przyznać, że spodobało mi się to odwrócenie ról. Anioły jako te złe, a demony… choć dobrymi bym ich może nie nazwała, to z pewnością są o wiele lepsze od ptaszydeł, jak zwą swych anielskich przeciwników. W pewien sposób było to dla mnie nowe doświadczenie. Do tej pory czytałam zaledwie kilka powieści, w których bohaterami były anioły i demony. Łatwo można się domyśleć, że za każdym razem ich role były standardowe – ci pierwsi stanowili wcielenie piękna, czystości i dobra, drudzy zaś byli ich lustrzanym odbiciem, istotami rodem z sennych koszmarów. Konflikt tych dwóch stron ukazany został przez autorkę całkiem ciekawie i przekonująco. Miłym zaskoczeniem było dla mnie pojawienie się pewnego, jakby to nazwać, elementu, który jeszcze bardziej namieszał w i tak już zaognionych relacjach pomiędzy aniołami i demonami. To coś sprawiło, że z jeszcze większym zainteresowaniem śledziłam losy bohaterów zastanawiając się, jak to wszystko się zakończy, w obliczu TAKICH rewelacji.

Książka „Dzień, w którym umarłam” to całkiem niezły debiut literacki Sanchez. Gdyby autorka bardziej się postarała i dopracowała głównych bohaterów, zwłaszcza ich wzajemne relacje, mogłabym ją nazwać nawet bardzo dobrą lekturą dla młodzieży. Mamy tu opowiedzianą całkiem ciekawą historię, choć z oklepanym tematem. Niemniej jednak całość jako taka ma ręce i nogi, nie ma chaosu, który przytrafia się wielu debiutującym pisarzom. Sanchez pisze lekko, zrozumiale, prosto – językiem typowym dla nastoletnich czytelników, bez zbędnych udziwnień, dłużyzn, rozwlekłych opisów i rozbudowanych dialogów. Od razu zaznaczę, iż jeśli szukacie czegoś ambitnego czy na długo zapadającego w pamięci, to niestety nie pod tym adresem. Dzieło Sanchez to taka typowa książka na jeden, może dwa wieczory, idealna, aby się rozerwać i odprężyć. I w tym kontekście wypełni swe zadanie. W każdym innym niestety polegnie. Niemniej jednak spędziłam przy niej miło czas. Nie żałuję, że zdecydowałam się na jej lekturę. Komu mogę ją polecić? Z pewnością osobom lubującym się w gatunku, jakim jest paranormal romance, oraz wszystkim tym, którzy mają słabość do aniołów i demonów. A że i ja do nich zdecydowanie należę, dlatego też sięgnęłam po „Dzień, w którym umarłam”.

Moja ocena: 4/6

Dzień, w którym umarłam [Belen Martinez Sanchez] - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
Tytuł oryginalny: Lilim 2.10.2003
Tłumaczenie: Dorota Twardo
Wydawnictwo: Mira/Harlequin
Rok wydania: 2014
Oprawa: miękka
Liczba stron: 384
ISBN: 978-83-276-0909-0
HarperCollins Polska

18 komentarzy

  • Monika Październik 6, 2014 at 13:23

    czytałam i jestem ną zachwycona. 🙂

    Reply
  • monweg Październik 6, 2014 at 17:28

    Czytałam i muszę przyznać, że jak na debiut a do tego tak młodziutkiej osoby, był zadziwiająco dobry. Jestem ciekawa dalszych poczynań Belen.

    Reply
    • Sylwia Węgielewska Październik 6, 2014 at 17:59

      Dlatego też nie dałam jej niższej oceny. Z uwagi na początki literackiej kariery 🙂 Na zachętę 😉

      Reply
  • Kiti Październik 6, 2014 at 19:45

    Kwestia aniołów i demonów w literaturze nie za bardzo mnie interesuje, jednak odwrócenie ich ról może być ciekawe. Jak na debiut całkiem ciekawe, ale i tak mnie nie ciągnie do tej powieści.

    Reply
    • Sylwia Węgielewska Październik 6, 2014 at 23:26

      A do czego w takim razie Cię ciągnie? 🙂 Jakieś ciekawe tytuły masz na widoku?

      Reply
  • Upadły czy Anioł Październik 6, 2014 at 19:55

    Zdecydowanie to coś dla mnie 🙂
    Okładka cudna 🙂

    Reply
  • Amalia Grace Październik 6, 2014 at 20:36

    Lubię takie kontrasty, gdzie autorzy wykorzystują postacie z założenia pozytywne, jako te negatywne i na odwrót 🙂 Taki zabieg właśnie zastosowała Anne Rice w „Memnoch Diabeł”… Memnoch był nie do końca zły, ale i za dobry też nie . Podobnie rzecz się miała z Bogiem – niby pozytywny, ale jednak na wskroś negatywny 😉 Wtedy jest to bardziej ludzkie. Nabiera pewnego zrozumiałego dla nas wymiaru. Nie jest otoczone w nimb całkowitej niebiańskości albo diaboliczności.

    Reply
    • Sylwia Węgielewska Październik 6, 2014 at 23:27

      Widzisz, powieści Anne Rice mam cały czas na uwadze. Od dawien dawna obiecuję sobie, że po nie sięgnę. I co? Na obietnicach się kończy… Ciągle pojawiają się nowe tytuły na horyzoncie, po które chcę sięgać, a te z zaplanowanych pozostają cały czas na liście „przeczytam, kiedyś…”

      Reply
  • AnnieK Październik 7, 2014 at 14:20

    W obecnym momencie jakoś nie mam ochoty czytać tej książki, lecz może kiedyś się jeszcze skuszę.

    Reply
  • Elenkaa_ Październik 7, 2014 at 18:13

    Fabuła jakoś mnie nie przekonuje, ale nie mówię od razu „nie”. Może kiedyś przeczytam, jeśli będzie w bibliotece 🙂

    Reply
    • Sylwia Węgielewska Październik 12, 2014 at 19:41

      Daj się namówić 🙂 Miło spędziłam przy niej czas 🙂
      Gdybym ja miała czekać, aż w mojej miejskiej bibliotece pojawiła się jakaś książka…. to bym jej nigdy nie przeczytała 😉 Taka biblioteka niestety 🙁

      Reply
  • magdalenardo Październik 11, 2014 at 23:47

    Ja niestety znowu pasuję.
    Czytanie o aniołach (czy tam ich przeciwnościach) nie przyniosłoby mi przyjemności.
    Ja jednak wolę rzeczywiste historie.

    Reply
    • Sylwia Węgielewska Październik 12, 2014 at 19:42

      Każdy lubi co innego 🙂 Sama uwielbiam fantastykę od dawna i pewnie to się nigdy nie zmieni 🙂 Rozumiem, że nie każdego pociąga ten gatunek 🙂

      Reply
  • Kornelia Czerwiec 23, 2016 at 09:49

    Czy ktoś ma pojęcie kim jest model z okładki? Widziałam jego twarz już na paru okładkach innych książek (np. „Scarllet”) i do tej pory nigdzie nie umiem znaleźć informacji, kto to taki? 😉 Ktoś ma pojęcie?

    Reply
    • Sylwia Węgielewska Czerwiec 23, 2016 at 11:03

      Ja nie wiem, niestety 🙂 Może napisz bezpośrednio do wydawnictwa? Oni z pewnością będą wiedzieć 🙂

      Reply

Leave a Comment