Czy warto zacząć oglądać serial American Horror Story?

Jak to człowiek zmienia się z wiekiem. Jeszcze parę lat temu w ogóle nie zawracałam sobie głowy światem seriali. Jeśli już miałam chęć coś pooglądać, to zawsze wybierałam pełnometrażowy film, z daleka omijając wszystkie telewizyjne tasiemce, pożeracze wolnego czasu. A dziś? Stopniowo nadrabiam zaległości starając się poznawać kolejne seriale cieszące się największą popularnością wśród widzów. Jednakże wybór tytułów jest tak szeroki, że momentami człowieka głowa boli… a co roku dochodzą coraz to nowe. Jako że jestem zapaloną miłośniczką wszelkiej grozy, makabry, przelewania krwi na ekranie postanowiłam przyjrzeć się bliżej serialowi American Horror Story. Wraz z mężem przysiedliśmy wieczorkiem na kanapie i włączyliśmy sobie pierwszy odcinek. Wrażenia? Mój mąż w trakcie kilkukrotnie przysnął, a na koniec stwierdził, że dalej oglądać go nie będzie. A ja? Miałam mieszane uczucia. Coś jednak było w nim takiego, że postanowiłam dać mu szansę.

Pierwszy sezon to historia rodziny Harmonów. Na pierwszy rzut oka wyglądają na szczęśliwą, kochającą się rodzinkę. Ale to tylko pozory. Prawda jest taka, że zmagają się z wieloma problemami.

Ich nastoletnia córka Violet (Taissa Farmiga) ma skłonności do samookaleczeń, czego nie zauważa nikt z jej bliskich, nawet ojciec będący psychiatrą. Małżeństwo Vivien (Connie Britton) i Bena (Dylan McDermott) jest o krok od rozpadu po tym, jak żona przyłapała swego męża na zdradzie.

Benowi udaje się jednak przekonać Vivien, by dała mu jeszcze jedną szansę, by nie przekreślała tylu szczęśliwych, wspólnie przeżytych lat. Ratunkiem ma być dla nich przeprowadzka w nowe miejsce, w którym zapomną o bolesnej przeszłości i zaczną wszystko od nowa.

Wprowadzają się do starej, pięknej rezydencji skrywającej jednak wiele mrocznych tajemnic, o których Harmonowie nie mają bladego pojęcia. Od agentki nieruchomości dowiadują się jedynie tego, iż poprzedni właściciele zginęli w tym domu, dlatego też jego cena jest tak bardzo atrakcyjna. Nie wiedzą jednak, że przez miejscowych nazywany jest Domem Mordu oraz że urządzane są specjalne wycieczki pod ten adres dla ludzi spragnionych mocniejszych wrażeń, pragnących wysłuchać przerażających historii o wydarzeniach, które rozgrywały się za jego murami.

Ben, mając do dyspozycji gabinet, otwiera prywatną praktykę. Zgłaszają się do niego kolejni pacjenci, w tym nastolatek o imieniu Tate (Evan Peters). W tym chłopaku jest coś zagadkowego, dziwnego, wręcz niepokojącego. Jakby skrywał w swym wnętrzu mrok… Z jednej strony jest bardzo wrażliwy, z drugiej zaś wykazuje psychotyczne zachowanie. Od pierwszej chwili, w której zauważył córkę Harmonów – Violet, wydaje się być nią coraz bardziej zainteresowany. A i ona nie pozostaje obojętna względem niego. Ich relacje z dnia na dzień coraz bardziej się pogłębiają, co niekoniecznie podoba się Benowi. Zdaje on sobie sprawę, że chłopak może być niebezpieczny, że stanowi zagrożenie nie tylko dla siebie, ale też dla innych, dlatego też dla dobra córki każe jej się trzymać od niego z daleka. Wszyscy jednak doskonale zdają sobie sprawę z tego, że zakazana miłość smakuje najlepiej. Tych dwoje młodych przypomina Romea i Julię z dramatu Szekspira – tragiczni kochankowie połączeni nieszczęśliwą miłością. Uczuciem, które wystawione zostanie na wielką próbę, kiedy dziewczyna pozna prawdę o swym ukochanym. A jest ona niezwykle bolesna, wręcz przerażająca… Od razu przyznam się do tego, iż Tate to mój ulubiony bohater tej odsłony serialu. Świetna, naprawdę doskonła gra aktorska Evana Petersa. Widywałam go w innych filmach, jednakże nigdy dotąd nie zrobił na mnie tak piorunującego wrażenia jak wcielając się w role młodocianego psychopaty. Moim zdaniem to m.in za jego sprawą ten pierwszy sezon American Horror Story zyskał taką popularność. Przystojny, mroczny, wyrazisty. Nie sposób go zapomnieć.

Harmonowie jakby w spadku po poprzednich właścicielach otrzymują pomoc domową w osobie Moiry (Frances Conroy). Nowej pani domu starsza kobieta z miejsca przypada do gustu i godzi się na to, by dla nich pracowała. To z kolei wielce dziwi jej męża… który spoglądając na nową gosposię widzi zgoła co innego, niż jego żona. Bo musicie wiedzieć kochani, że Moira nie jedno ma na sumieniu i nie jedną skrywa tajemnicę. Z pewnością też nie pojawiła się w życiu Harmonów przypadkowo. Z czasem prawda zacznie wychodzić na jaw, ale wówczas będzie już za późno na jakikolwiek ratunek…

Kolejną ciekawą postacią jest sąsiadka Constance (Jessica Lange), niespełniona aktorka i nieuleczalna kleptomanka, wychowująca samotnie córkę z zespołem Downa o imieniu Adi. Z jednej strony jest ona przymilna i uprzejma, z drugiej to wredna suka nie dająca sobą pomiatać. Życie dało jej w kość, wierzcie mi. Jej młodzieńcze marzenia zostały brutalnie zdeptane, a przyszłe lata upływały pod znakiem pogrzebowych wieńców i nieszczęśliwych miłości. Nie jeden i nie drugi raz włazi z buciorami w życie swoich nowych sąsiadów skutecznie w nim mieszając, wprowadzając chaos i zwątpienie. Zarówno ona, jak i jej córka, zdają się wiedzieć o przeszłości tego domu o wiele więcej, niż wyjawiają jego nowym mieszkańcom. Jessica Lange odwaliła kawał dobrej roboty wcielając się w tę rolę. Sprawiła, że Constance, moim skromnym zdaniem, jest jedną z najbardziej zapadających w pamięci postaci spośród wszystkich przewijających się przez wszystkie dwanaście odcinków tego sezonu, zaraz za Tate’m oczywiście, który pozostaje bezkonkurencyjny.

Najmocniejszą stroną tego serialu jest jego mroczny klimat. Duszący, przyprawiający o dreszcze, skutecznie oddziałujący na ludzką psychikę. Wystarczy obejrzeć powyższe intro, by otrzymać mały przedsmak tego, co czeka na Was w trakcie seansu. Gra świateł i dźwięków dodatkowo potęguje poczucie grozy, niepokoju, niejasnego zagrożenia. Ten serial sprawić może, że na nowo poczujecie strach przed ciemnością i sekretami, które przed nami skrywa. Zastanowicie się nad istotą człowieczeństwa i życia jako takiego. Jedynym minusem pierwszego sezonu American Horror Story jest jego zakończenie, które dosłownie mnie zatkało i to bynajmniej nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Na sam koniec jego twórcy odwalili taką fuszerkę, że to aż boli. Zamiast uderzyć jakimś mocnym akcentem, czymś, co na długo zapadłoby w pamięci widza, co sprawiłoby, że szczęka opadłaby mu do ziemi, a oczy zrobiłyby się wielkie jak spodki, zgotowali mu coś absolutnie rozczarowującego, nieadekwatnego do tego, czym dotąd go raczyli. Totalna żenada. Ostatni odcinek to dla mnie jedno wielkie nieporozumienie. Coś takiego w ogóle nie powinno mieć miejsca. Popsuli mi całą radość z oglądania tego serialu. Najchętniej wyrzuciłabym go z pamięci, ale niestety nie jest to możliwe. Szkoda, wielka szkoda. Myślałam, że pierwsza odsłona American Horror Story do samego końca trzymać będzie poziom, ale tak się niestety nie stało…

Na koniec zostawiam Was ze zwiastunem pierwszego sezonu American Horror Story. Mam nadzieję, że pomoże mi on przekonać Was, że warto poświęcić swój czas na zapoznanie się z nim.

Jeśli spodobał Ci się mój post, możesz go polubić 🙂

0Shares