Chyba za mocno kocham książki…

Patrząc na tytuł dzisiejszego posta zapewne zachodzicie w głowę, co też najlepszego strzeliło mi do głowy… Że jak to tak? Za mocno kochać książki? Czy to w ogóle możliwe? Każdy zapalony mol książkowy puka się teraz w głowę pokazując mi kuku na muniu, albo ironicznie uśmiecha się do swojego monitora (matrycy laptopa?). Jednak musicie wpierw poznać mój punkt widzenia, zanim wydacie pochopny wyrok skazujący mnie na miano wariatki 😉

Tak jak niektórzy cierpią na pracoholizm, tak mnie dotknął książkoholizm. Ok, ok, zaraz mi powiecie, że Was też i że nic w tym złego nie widzicie. Ale chwila, niech no Wam to wyjaśnię. Hmm… Życie jest tylko jedno. Wbrew pozorom dane nam jest stosunkowo nie wiele czasu, bo choć może wydawać się, że dożywając 60-70-80… lat było go sporo, to tak naprawdę nie wygląda to tak kolorowo. Czas leci niesamowicie szybko (wierzcie mi, wiem co mówię – jeszcze do niedawna miało się naście, a dziś trzydziestka na karku, matko…). Uciekają sekundy, minuty, dni, tygodnie, lata… które do nas już nigdy nie wrócą. Dlatego też należałoby je jak najlepiej wykorzystać. Trzeba tak gospodarować czasem, aby na wszystko nam go starczało – posiłki, sen, pracę, dzieci, partnera, hobby… U mnie zaczęło wyglądać to tak, że przeczytanie książki przedkładam ostatnimi czasy nad wszystko inne (no może poza jedzeniem i snem, bo bym przestała zupełnie funkcjonować) i szczerze powiedziawszy przestało mi się to podobać. Wręcz napawa mnie przerażeniem! Nawet już mój mąż stwierdził, że co nie spojrzy, to ja z książką w ręku… Jak u rasowego bibliofila książki otaczają mnie z każdej strony. Nie mam pojęcia, ile ich mam, nigdy nie liczyłam. Wiem jedno – już od dawna muszę kombinować, gdzie upchnąć kolejną pozycję, półki pękają w szwach. Jednak to mnie nie powstrzymuje przed nabywaniem następnych. Jedne kupuję, inne dostaję – czy to w formie prezentu, czy też dzięki nawiązanym współpracom recenzenckim od Wydawnictw. Potrafię coś kupić tylko po to, by odłożyć na półkę z myślą, że przeczytam w przyszłości. To jeszcze jest ok, bo wiele osób tak robi. Martwią mnie natomiast egzemplarze recenzenckie. Nie zrozumcie mnie źle, ja tu nie narzekam, że do mnie docierają – cieszę się jak dziecko z każdego nowego tytułu. Chodzi mi o to, że czasem ta kolejka książek do przeczytania „za recenzję” wydłuża się niemiłosiernie i zaczyna mi spędzać sen z powiek. Powiecie w tym miejscu: to na cholerę tyle bierzesz!? , nikt Ci przecież nie karze. To znów nie jest takie proste… Raz – działa książkoholizm, chęć przeczytania tytułu upatrzonego jakiś czas temu, wymarzonego, wyczekiwanego i związana z tym niemożność powstrzymania się. Dwa – coraz częściej przychodzą do mnie książki – niespodzianki, tzn takie, których nie zamawiałam, a ktoś po drugiej stronie postanowił mi je mimo wszystko podesłać licząc na to, że jednak przeczytam i zrecenzuję (nie wiem, po co człowiek pisze w zakładce o zasadach współpracy, że wszelkie niespodzianki traktuje jako miłe prezenty i nie poczuwa się do czytania ich, a tym bardziej recenzowania). Trzy – czasem wina leży po stronie Wydawnictwa. Zgłaszasz chęć przeczytania czegoś, wysyłasz e-mail, na który nie dostajesz żadnej odpowiedzi. Nagle (nawet po 2 m-cach!) przychodzi do Ciebie paczka, w której znajdujesz zamawiane tytuły. Nikt tego z Tobą nie uzgodnił, niczego nie potwierdził, a książki dochodzą do kolejki książek „do recenzji”, czytanych „na termin”. Teraz właśnie mam taką sytuację. Egzemplarzy do recenzji stoi na półce pokaźna kolejka (nie mówię tu o kilku, a o kilkunastu!), a mnie goni termin na ich przeczytanie. Miesiąc – 30/31 dni – wydawałoby się, że to dużo czasu. Jednak nie samymi książkami człowiek żyje, są inne obowiązki oraz rzeczy, na które po prostu ma się ochotę (chociażby wypad z dzieckiem, jakiś film). Tymczasem na półce stoją książki do przeczytania, a po drugiej stronie siedzą ludzie oczekujący, że w terminie podeślesz do nich recenzję. I rodzi się we mnie poczucie obowiązku, konieczność wywiązania się z zobowiązań. Odsuwam na bok inne sprawy i czytam… Oczywiście cały czas sprawia mi to przyjemność! Kiedy czytam, przepadam, zatracam się w opowiadanych historiach. Jednak potem spoglądam na zegar, widzę ile czasu znów uciekło mi między palcami… i zaczyna mi być z tym źle. Jestem po prostu zmęczona…

Co zatem zamierzam z tym zrobić? Ha! Dobre pytanie. OGRANICZYĆ TO! Ma to bezpośredni związek z tym, o czym pisałam w poście „Moja przyszłość w blogosferze”. Potrzebuję zmian. Jeśli jednak mam coś zmienić, muszę wpierw zacząć od samej siebie. Bo jeśli czegoś z tym nie zrobię – oszaleję, a być może nawet padnę na zawał (da o sobie znać nerwica, z którą się zmagam od ponad 2 lat). Dość terminów! Dość nerwów z tym związanych! Nie będę gnać na łeb na szyję, żeby tylko wyrobić się w czasie narzuconym mi odgórnie na przeczytanie danego tytułu. Jeśli przez to zakończy się część nawiązanych przeze mnie współprac recenzenckich… no cóż, trudno. Mój czas jest cenny. W końcu to rozumiem. Jak to mówią: lepiej późno niż wcale. Może nie od razu będzie to widoczne, bo przecież wprowadzenie zmian wymaga czasu, ale nie poddam się. Wiem, czego chcę i będę do tego dążyć!

Ps. Nie ograniczę tylko jednego 🙂 Ilości czytanych książek dla dzieci. Raz – że czyta się je zupełnie inaczej niż lektury dla starszych Czytelników. Dwa – obcowanie z nimi, przeglądanie, podziwianie ilustracji sprawia mi niebywałą przyjemność i budzi we mnie wewnętrzne dziecko. I w końcu Trzy – które jest tu najważniejsze – pozwalają mi one spędzać więcej czasu sam na sam z moją córką na czym zależy mi najbardziej.

18Shares