“Alchemia miłości” – Eve Edwards [recenzja 338]

Kiedy Will Lacey miał zaledwie czternaście lat, zmarł jego ojciec. Swej rodzinie pozostawił jedynie zrujnowany majątek i przyszłość jawiącą się w niezbyt kolorowym świetle. Duży udział w upadku bogactwa rodziny miał nijaki Arthur Hutton, alchemik. Will będąc najstarszym z synów zmarłego został nowym hrabią Dorset. Jego pierwszą decyzją było to, aby znienawidzony przez niego Hutton oraz jego córka natychmiast opuścili Lacey Hall i nigdy więcej nie wracali na jego ziemie. Mijają cztery lata, jest rok 1582. Mimo starań młodego hrabiego, rodzinny majątek ma się coraz gorzej. Jedynym ratunkiem wydaje się być dobrze przemyślany ożenek z jakąś zamożną panną, która wnosząc swój posag podreperowałaby finanse Dorsetów. W tym celu Will wyrusza na dwór królowej Elżbiety I, aby tam rozejrzeć się za odpowiednią narzeczoną. Wybór pada na piękną i bogatą szlachciankę lady Jane. Ale życie lubi mieszać ludzkie szyki. Na drodze hrabiego staje inna dziewczyna, równie śliczna, ale też wykształcona. Nie posiada jednak odpowiedniego majątku, który byłby ratunkiem dla rodu Dorsetów. Poza tym skrywa przed nim pewien sekret, który może zaważyć na ich dalszej znajomości. Co zrobi hrabia, kiedy w końcu pozna prawdę na jej temat? Czy posłucha serca wybierając ubogą dziewczynę, czy też może postawi na rozsądek i oświadczy się zamożnej lady Jane? Co zwycięży – serce czy rozum?

“Alchemia miłości” Eve Edwards otwiera cykl powieściowy Kroniki Rodu Lacey. Uwielbiam romanse historyczne i bardzo chętnie sięgam po książki z tego gatunku. Historia rozgrywa się w czasach panowania dynastii Tudorów, a dokładniej królowej Elżbiety I. Anglia stoi w obliczu wojny z Hiszpanią, która ma podłoże głównie religijne. W kraju tępione są wszelkie przejawy katolicyzmu. Powoływane są odpowiednie służby mające na celu wyśledzenie tajnych agentów Rzymu krzewiących wśród społeczeństwa dawną wiarę. Podczas lektury czytelnik na własnej skórze poczuje, jaki wówczas szerzył się w związku z tym fanatyzm oraz jak bezwzględni potrafili być ludzie odpowiedzialni za wyłapywanie katolików. Autorka w bardzo obrazowy sposób przedstawiła w swej powieści nie tylko ówczesną sytuację polityczną, ale również codzienne życie mieszkańców jej kraju i to na każdym szczeblu drabiny społecznej. Były to czasy, w których liczyły się koneksje, znajomości, wpływy u ważnych osobistości. Dużą rolę przykładano to konwenansów. Krzywo patrzono na związki wysoko urodzonych z przedstawicielami pospólstwa. Mezalianse były nie do przyjęcia. Nie trudno wobec tego wyobrazić sobie sytuację głównych bohaterów, z których jeden wywodzi się ze znamienitego rodu poważanego przez samą królową, a drugi poza nic nie wartym tytułem nie ma co wnieść do ewentualnego małżeństwa. Najważniejsze było zagwarantowanie sobie odpowiedniego statusu społecznego, przez co wielokrotnie nie zważano na uczucia łączące dwoje przyszłych małżonków. Nie musiało być pomiędzy nimi miłości, ba!, nie musieli się nawet lubić. Gwarantem udanego związku było posiadanie odpowiedniego majątku. Lady Jane, bogata i piękna kobieta, zdawała się być wymarzoną kandydatką dla młodego hrabiego. Dzięki połączeniu tych dwojga rodzina Dorsetów nie musiałaby się więcej lękać o swoją przyszłość, która póki co jawi się w bardzo pesymistycznych barwach. Tylko czy można zapomnieć w tym wszystkim o uczuciach trawiących głównych bohaterów niczym gorączka, mącących ich myśli? Czy faktycznie odpowiedni status społeczny może być gwarantem udanego i szczęśliwego życia?

Ellie z miejsca przypadła mi do gustu. Młoda, dziewczęca, niewinna, a przy tym dotkliwie doświadczona przez los z powodu niedorzecznej pasji swego ojca. Mimo wieku nie jedno w swym życiu przeszła zbierając okrutne żniwo będące wynikiem szaleństwa jej rodziciela. A najgorsze w tym wszystkim było to, iż jej ojciec w żaden sposób nie zdawał sobie sprawy, iż swym zachowaniem wyrządzał wielką krzywdę własnej córce. Nie zważał na jej protesty, nie słuchał dobrego słowa. Nieugięcie poszukiwał sposobu wydarcia naturze sekretu tworzenia złota. Wielka szkoda, że nie zauważał, jak wielki skarb miał u swego boku… Dopiero powtórne  pojawienie się w jej życiu Willa sprawiło, że ujrzała promyczek nadziei, iż i ją może spotkać coś dobrego. Tylko czemu okrutny los sprawił, że poza uczuciem nie miała zupełnie nic do zaoferowania wybrankowi jej serca? Czy można w jakikolwiek sposób pokonać barierę społeczną?

“Alchemia miłości” to opowieść o uczuciach, godności, poczuciu własnej wartości, ale również o trudnych wyborach oraz osobistym poświęceniu. Mimo tego, że cała ta historia przewidywalna jest aż do bólu, to i tak lektura powieści była dla mnie czystą przyjemnością. Miło spędziłam przy niej czas. Jeśli potrzebujecie chwili relaksu, oderwania się od codzienności, sposobu na uprzyjemnienie sobie wieczoru, to lektura “Alchemii miłości” będzie dla Was odpowiednim wyborem. Z przyjemnością sięgnę po kolejną część tego cyklu i mam nadzieję, że po zapoznaniu się z pierwszym tomem, sami z chęcią to uczynicie.

“Czuło się, że łączy ich jakaś miłosna alchemia, magiczny związek dusz, o którym śpiewają minstrele…” (s. 280)

Moja ocena: 5/6

Tytuł oryginalny: The Other Countess
Tłumaczenie: Małgorzata Fabianowska
Wydawnictwo: EGMONT
Rok wydania: 2013
Cykl: Kroniki Rodu Lacey, tom I
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 384
ISBN: 978-83-237-7666-6

EGMONT literacki


0Shares

14 Replies to ““Alchemia miłości” – Eve Edwards [recenzja 338]”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *